zahamonić sa mnoj ab „hetym“ — ja i pytaju: „Ci ty ličyš siabie Biełarusam?“ Kali: „tak“ — dobra, budziem ab „hetym“ hawaryć, kali: „nie“ — daj spakoj, mnie ab hetym niawolna z taboj tałkawać! A što, ci-ž nia dobry wychad? I woŭk syty i kaza cełaja… Cha, cha!
Siańnia maju nos spuščany na kwintu, jak kažuć śpiewaki: probašč skazaŭ, što mała spawiadaju. A badaj ty skis (nia probašč, ale ja): heta-ž ty sa śpiewami apuščaješsia… Ale-ž heta nia praŭda! U sumleńni ja spakojny. Ja niezdaroŭ, a spawiadaju nia mienš „jaho“. Moh-by skazać „jamu“, što ad Kalad u Karycinie krywioj pluju. Ale „syty hałodnamu nie spahadaje“.
7. V. Wypała piaro mnie z ruk, nie mahu ŭžo prymusić jaho da pasłuchmianaści. A tut takoje adzinoctwa, takaja dušnaja atmosfera. Ja šukaju, pierad kim moh-by wylić krychu tej piakoty z serca — i nie znachodžu. Iznoŭ wiarnuŭsia da dzieńnika, ale piaro nia słuchaje… paržawiela.
Sumna mnie, choć ty waźmi laž dy i ŭmry. Ale jak tut umirać, ničoha dobraha nie zrabiŭšy? A mo‘ i nie zrablu?… Ot bisia, čaławieča, jak ryba ab lod! Kaliś trapiš u prorub!…
Balić mnie serca za narod, katoraha niaščaście nie zmahu apisać.
Piače nutro majo sum z biassilnaści swajej da naprawy pierš siabie, potym bližnich maich…
Płača serca majo nad niadolaj, nad upadkam ducha tych, što zwali siabie dužymi…
Skałychnulisia ŭsie dumki maje, spudžanyja sumam lichim i wialikaj trywohaj.
Ja tut u hetym Karycinie da času. Dobra tut. Mnie peŭna budzie škoda pakinuć jaho.