Перайсці да зместу

Brescki kaniuszycz/II

З пляцоўкі Вікікрыніцы
I Brescki kaniuszycz
Аўтар: Каятан Крашэўскі
1875 (пераклад 2026)
Арыгінальная назва: Koniuszyc Brzeski
Пераклад: Nejrust
III

Спампаваць тэкст у фармаце EPUB Спампаваць тэкст у фармаце RTF Спампаваць тэкст у фармаце PDF Прапануем да спампаваньня!




II

 Paśla adjezdu kniazia Karala Radziwiła i jaho wymuszanaha pasialeńnia ŭ Biełaj, jak użo zhadwałasia wyszej, Niaświż byŭ zaniaty warożymi wojskami. Milicyja była razzbrojena, arsienał zachopleny, a szlachta i niedabitki kanfiederataŭ z partyi Szymona Kasakoŭskaha, paźniej hietmana i wajawody wiciebskaha, jakija znajszli tam prytułak, kali chto z ich nie moh uciaczy, musiŭ dać słowa honaru, szto bolsz nie budzie zmahacca. Bolsz za toje, u toj czas zamku nie było naniesiena nijakaj szkody, i ŭ szumnaj stalicy wilenskaha wajawody paśla adwodu wojskaŭ zapanawała hłuchaja i niezwyczajnaja ciszynia.

Siabry i damasznija kniazia, wiedajuczy, z adnaho boku, jaho poŭnuju addanaść sprawie Kanfiederacyi, a z druhoha — jaho niepachisnaść u adnojczy pryniatym raszeńni, a taksama roznyja alternatywy hramadzianskaj wajny, paczali abdumwać i śpiaszacca znajści biaśpiecznaje miesca dla miljonnych kasztoŭnaściej, klejnodaŭ i skarbnicy Radziwiłaŭ.

Kniaź-wajawoda, użo nawuczany papiarednim doświedam, uziaŭ z saboj na ŭsialaki wypadak znacznuju kolkaść kasztoŭnaściej i darahich pradmietaŭ.

Historyja dwanaccaci załatych i stolki ż siarebranych apostałaŭ Niaświża dobra wiadomaja. Jany sapraŭdy byli zakładzieny na niejki czas, ale, jak i ŭsie inszyja padobnyja reczy, paźniej byli wykupleny. Kniaź zahadaŭ schawać adnaho z ich padczas karaleŭskaha wizitu ŭ Niaświż u hod Panski 1785. Kali karol nawiedaŭ skarbnicu, jon zjedliwa zaŭważyŭ, szto apostał, wierahodna, pajechaŭ nawiartać musulman, i pramowiŭ pramowu pra swaje burnyja padarożży.

— Wasza Karaleŭskaja Mość pamylajecca. Jon pajszoŭ da niawiernych , kab raskazać pra sławu panawańnia Waszaj Karaleŭskaj Mości. Adnak czytaczu heta moża być nie miensz cikawa, czym sapraŭdnaja historyja dukata kniazia Radziwiła. Kniaź-wajawoda mieŭ jaho pry sabie padczas swaich wymuszanych wandrowak za miażu, razam z inszymi kasztoŭnaściami. Patrebna było pazyczyć hroszy, i adnojczy jon paklikaŭ karalewieckaha kupca Saturhusa dla zdziełki. Hety kupiec, ci, jak my skazali b siońnia, bankir, żorstka wioŭ sprawy. Nie pradbaczyŭszy, ci, mahczyma, zanadta dobra zdahadaŭszysia, jakim moża być wierahodny zychod hramadzianskaj wajny, choć jon, niesumnienna, wiedaŭ pra kałasalnaje bahaćcie wajawody, jon tym nie miensz bajaŭsia ryzykawać wialikimi sumami kapitału pry niapeŭnych umowach. Paśla roznych pieramowaŭ nawat z samim kniaziem, choć jon hetaha nie wynosiŭ, i z jaho paŭnamocnym pradstaŭnikom, kali sprawa ŭżo amal razwaliłasia, kniaź, jaki nienawidzieŭ usich pradprymalnikaŭ i nie moh zrazumieć, jak moża być ciażkim kredyt dla jaho, Radziwiła, strymaŭsia ad wybuchu i nareszcie nieciarpliwa skazaŭ:

— Ja baczu, panie Kachanku, szto wy liczycie Waszmość Radziwiła bankrutam, dyk nie chwalujciesia, zrabi ż mnie Asan tolki adnu pasłuhu.

— Szto każa pan kniaź? — spytaŭ Saturhus.

— Abmianiajesz mnie, Waszmość, dukat.

Miljanier-kupiec, niejak iraniczna ŭśmichnuŭszysia, usio ż adkazaŭ z wialikaj pakoraj:

 — Wasza Kniaskaja Mość moża ŭładkawać takuju ​​sprawu nawat z samym maleńkim kupcom.

 — O nie! Ja chacieŭ by abmianiać u Waszmości, panie kachanku.

 — Kali na toje budzie wola Waszaj Kniaskaj Mości , — adkazaŭ Saturhus, — ja mahu heta ŭczynić, — i paciahnuŭsia da kaszalka.

 — Paczakaj, Asan, — skazaŭ kniaź i, pawiarnuŭszysia, kryknuŭ: Pryniasicie siudy radziwiłaŭski dukat.

 Nieŭzabawie dwa wysokija hajduki ŭnieśli płoskuju i kruhłuju skryniu, abbity punsowaj skuraj. Jaje adczynili; unutry, na aksamicie taho ż koleru, szto i wierchniaja czastka skrynki, lażaŭ dukat biez adroźnieńniaŭ, padobny na zwyczajnyja hałandskija, z toj tolki roźnicaj, szto jon byŭ kala dwuch futaŭ u dyjamietry i amal paŭcali ŭ taŭszczyniu.

Pry hetym wyhladzie Saturhus asłupianieŭ; jon stajaŭ z raskrytymi waczyma i rotam, nawat nie wiedajuczy, szto rabić i szto kazać. Tamu, paprasiŭszy prabaczeńnia, jon staŭ miakkim, jak wosk, i ŭżo biez usialakaha tarhawańnia wydaŭ wajawodu kredyt.

Adnak heta nie pieraszkodziła jamu paźniej uziać u zakład usie majontki Zabłudaŭskija, Słuckija i Nieświżskija, jakija byli wykupleny tolki paśla wiartańnia kniazia śpiecyjalna pryznaczanaj kamisijaj.

Adnak klejnody wysokaj wartaści, jakija wajawoda zabraŭ z saboj z Niaświża, składali tolki wielmi małuju czastku taho, szto tam zastałosia. Hetaja skarbnica ŭ swajoj sapraŭdy karaleŭskaj wieliczy pradstawiłasia cikaŭnaj publicy padczas wizitu karala Stanisława Aŭhusta ŭ Niaświż, pra szto, kali siońnia niemahczyma atrymać źwiestki z żywoha słowa, to adnak można było b znajści dzieści. I sapraŭdy dziŭna , szto kniaź-wajawoda żyŭ sapraŭdy jak manarch, sypaŭ hroszy żmieniami, adorwajuczy i achwiarujuczy szlachtu sotniami i tysiaczami, nastolki, szto niekatoryja czasam nazywali jaho marnatraŭcam. Tym nie miensz, na praciahu ŭsiaho swajho niekarotkaha żyćcia jon nie straciŭ swajho bahaćcia. Paśla jaho śmierci i likwidacyi tolki dziasiataja jaho czastka dastałasia kredytoram. Jaho plamieńnik, kniaź Daminik, wychawany pa-suczasnamu, lubiŭ tolki anhlijskich koniej i, nibyta, nawat żyŭ u stajniach. Jon prymaŭ haściej, choć ich było niaszmat, nie utrymliwaŭ dwor i nie akazwaŭ łaski inszym, ale praz niekalki hadoŭ bahaćcie amal całkam razwaliłasia. Dyk kudy ż padzielisia hetyja sotni miljonaŭ, mahczyma, spytajuć mnohija. Karotki adkaz: ich zabrali nowyja zwyczai, czużaziemszczyna, karty i padarożży. Tak, ni Bohu, ni ludziam nie zastałosia z hetaha ni karyści, ni suciaszeńnia.

Jak my ŭżo zhadwali wyszej, ludzi cicha mitusilisia ŭ Niaświży i razważali pra toje, jak schawać wielizarnuju kolkaść kasztoŭnych pradmietaŭ, jakija mahli stać lohkaj zdabyczaj czaławieczaj prahnaści ŭ wajenny czas.

U aposznija dni listapada 1768 hoda ŭ niżniaj, tak zwanaj Marszałkaŭskaj zali Niaświżskaha zamku sabrałasia dawoli wialikaja kolkaść damasznich i niekatoryja siabry kniazia-wajawody. Byŭ paŭnamocny pradstaŭnik kniazia, IMpan Mikuć, jaki nieŭzabawie pawinien byŭ adprawicca ŭ Biełuju, IMpan Juzaf Sabieski, a siarod prydwornych — Wiencławawicz, Zabłocki, Zienkowicz, Juzaf Szabanski, tahaczasny Kaniuszy i niekalki inszych, a siarod prybyłych byli IMpan Płaskoŭski, Akolniczy Smalenski, paważany czaławiek, a jak znaŭca miascowych spraŭ, wielmi szawnawany, siabar kniazia, IMpan Slizień, padkamory słonimski, IMpan Leon Baroŭski, słonimski kamornik, wialiki ŭlubioniec kniazia, dawierany damaszni i pryjaciel, a taksama IMpan Barejsza, parucznik Pietyhorskaj charuhwy, jaki taksama pawinien byŭ adprawicca ŭ Biełuju z IMpanam Mikuciem, i, nareszcie, byŭ paklikany na dapamohu jak wielmi dawierany czaławiek, IMpan Marcin Lutomski, akanom falwarku Hrozaŭka sa Słuckich wałodańniaŭ kniazia, czaławiek prosty , ale wielmi szanawany za swaju wiadomuju wysakarodnaść i addanaść kniaskamu domu, bo, choć i biez wysokaj adukacyi, mieŭ niemały rozum.

Byŭ ciomny wieczar, jak zwyczajna wosieńniu, — wietrany i pachmurny. U prastornym kaminie pałała mahutnaje połymia. Stoł użo byŭ nakryty da wiaczery, jakuju woś-woś pawinny byli padać. Pakolki słuhi husta ŭwichalisia, tyja, kamu było pra szto tajemna pahawaryć, adychodzili da akonnych ram, ci nawat szaptalisia ŭdaleczyni, prachodizilisia tudy-siudy, ci, huczna paczynajuczy bolsz abyjakawuju razmowu, padychodzili da komina, dzie maładziejszyja dawoli wiesieła hutaryli, śmiajuczysia z uźniosłych dościpaŭ zaŭsiody wiasiołaha IMPana Kamornika. Hetaja wiesiałość, adnak, nie była widawoczna szczyraj — bo czasta była poŭnaja ciszynia, tak szto z dwara czuŭsia tolki szołach wietru; usich, zdawałasia, achopliwali niejkija dumki, jakija nie dawali im spakoju.

Padali wiaczeru — zahadzia wypili starku, hości i chatnija sieli. Było cicha, jak mak zasiejaŭszy, tolki łyżki stukali ab talerki, jak u klasztornaj trapieznaj. Nie chapała tolki taho, kab chtości czytaŭ uhołas żyćcio jakoha światoha. I choć heta było ŭ Niaświży, wiaczera nahadwała pachawalny żałobny stoł; stoł byŭ bahaty — byli zbany z winom i szmat miedawuchi, ale nie było nijakaj wiesiałości ci mituśni. Tolki paśla ciopłaha krupniku, zrazaŭ i kaszy — paśla niekalkich kielichaŭ wina i miedawuchi — ludzi znoŭ paczali adkrywać raty, i kali słuhi syszli, IMPan Padkamory Slizień zahawaryŭ, źwiartajuczysia da panoŭ Mikucia i Sabieskaha:

Tandem — użo ciapier za skarbnicu można nie turbawacca.

— Zdajecca, — adkazaŭ IMPan Mikuć, — my zaścierahlisia, jak mahli. Bakawyja lochi sakretnyja, dobra schawanyja, niama nijakich śladoŭ, tak jany zamurawanyja. My prywieźli z paleskich majontkaŭ dwuch starych mularoŭ, sumlennych ludziej, jakija pracawali pad prysiahaj. Sami im dapamahali — ale ledź zmahli źmiaścić skarbnicu — użo tudy nawat sałominki nie zasuniesz — nastolki ciesna było.

 — Cha! Cha! — zaśmiajaŭsia IMPan Baroŭski ŭpierszyniu ŭ żyćci. Dziela siabroŭstwa z kniaziem mnie dawiałosia pasprabawać, zrabić kielniu zamiest szabli, — ale heta, szczyra każuczy, paskudnaja praca, pluchajeszsia ŭ hrazi, jak czort.

 — Nie narakaj, Waszmość panie Leonie, — pierapyniŭ Szabanski. — Klanusia Boham, ale praŭda ŭ tym, szto nam nie dawiałosia szmat pracawać nad samoj muroŭkaj — usio było amal hatowa i daŭno padrychtawana da takoha wypadku, cehła, wapna i piasok dla lochaŭ — maładziejszyja prydwornyja Ichmości szczyra dapamahali nam, ale z pieranoskaj, ustanoŭkaj i zapakoŭkaj — och! U mianie ŭsio jaszcze balić śpina.

— I ŭsio schawana? — spytaŭ IMPan Plaskoŭski.

— Usio, szto było kasztoŭnaha ŭ pałacy i wa ŭsioj skarbnicy biez wykluczeńnia.

— Adnak, — pierapyniŭ Lutomski, stojaczy woddal, skłaŭszy ruki za śpinoj, maŭkliwy i pakul szto nie ŭmieszwajuczysia ŭ razmowu sanoŭnikaŭ, — darujcie, kali ja adważusia ŭstawić swaje piać kapiejek, ale kali mianie Jasnawialmożny pan, muszu pryznacca , paklikaŭ mianie dapamahczy z hetaj pracaj, za piać dzion, szto ja tut, mnie tolki pryjszło ŭ haławu, szto badaj ci nie pra adnu wielmi darahuju recz zabylisia.

— Pra szto? — amal razam spytali zaniepakojenyja pan Mikuć i Sabieski.

— Pra karetu, — adkazaŭ akanom.

— Pra jakuju? — spytaŭ Szabanski, kranuty na swaim uczastku.

— A pra tuju załatuju — wiasielnuju kniaskuju.

— Boża moj! — uskliknuŭ jon, uskokwajuczy z łaŭki kaniuszy, — praŭda! Jana staić u stajni niekranutaja.

— A! — Heta Waszmości treba było ŭspomnić, — pierapyniŭ żywy i widawoczna niezadawoleny pan Mikuć, źwiarnuŭszysia da Szabanskaha.

Mea culpa, mea culpa [1], daliboh — zakryczaŭ kaniuszy, — praŭda, ale znoŭ ża, kali mianie Asanstwa zahnała da pracy pry skarbnicy, ja zusim zabyŭsia pra karetu.

Kareta, pra jakuju iszła haworka, sapraŭdy była wielmi kasztoŭnaj reczczu, acenienaj u dwaccać dźwie tysiaczy czyrwonych złotych, bo, akramia wosiaŭ, buksaŭ i resoraŭ, usio mietalicznaje ŭ karecie było zroblena z zołata, u tym liku i abady kołaŭ; usia skrynia była pakryta mudrahielista wyrazanymi załatymi listami. Hetuju karetu można było razabrać na czastki; ale heta nie byŭ ni kubak, ni buława, ni siadło, ni huzik ad kuntusza, kab jaje można było lohka schawać dzie zaŭhodna, bo razabranaja i spakawanaja jana ledź źmiaściłasia b na dwuch wialikich furhonach.

— Wielmi drenna, — pierapyniŭ jaho IMPan Sabieski, — dzie my jaje ciapier schawajem?

— Użo kali hetaja kareta zastałasia, dyk widać taki los, — skazaŭ IMPan Baroŭski z uśmieszkaj. — Ja lepsz za ŭsio paraju tabie, szto z joj rabić.

— Szto? — spytaŭ zaniepakojeny pan Mikuć.

— Lepsz za ŭsio, — adkazaŭ Kamornik, — pasłać jaje Jahamości panu Stolniku ŭ Warszawu i niachaj sabie błukaje, kudy woczy wiaduć.    — O! Waszmość panie Leon, wy zaŭsiody żartujecie, — kisła adkazaŭ upaŭnaważany. — Heta nie żart, tam lażać sotni tysiacz. Treba nieszta prydumać, nie marudziaczy. Ułasna IMPan Padkamory prynosić nam wiestku, szto wojski iduć; niama czasu marnawać, adzin Boh wiedaje, szto budzie.

 — Szto wojski iduć, heta dakładna, — dadaŭ Akolniczy. — Ja siońnia sustreŭ Puzynu, jakoha spynili za Słocimam i raspranuli da kaszuli, — ledźwie wyrwaŭsia z duszoj.

 — Panie Mikuć, — chutka skazaŭ Szabanski, padychodziaczy, — recz terminowaja, tamu niama czaho czakać. Panowie, padumajcie, kudy pastawić karetu, a ja pajdu jaje raźbiaru i czasowa zapakuju.

 — O, — pramarmytaŭ upaŭnaważany, — waźmicie staroha Siamiona i Iwaśka wam na dapamohu.

 — Chadziemcie sa mnoj, Ichmość, — paklikaŭ jon Wiencławawicza i Zabłockaha.

 Borysza i Sabieski, jakija tolki szto razmaŭlali, schapili szapki i wybiehli z zali razam z kaniuszym.

— Baczu, — praciahnuŭ IMPan Padkamory, pawolna dastajuczy załatuju tabakierku, — szto, choć z karetaj i była surjoznaja error [2], wy pawinny, Waszmość, znajści dla jaje inszaje locum [3]ŭ zamkawych lochach , na ŭzor tajnika.

— Miesca bolsz nie zastałosia, — pierapyniŭ IMPan Mikuć, razmachwajuczy rukami. — Schawanyja lochi poŭnyja, zamurawanyja, zabrudżanyja i zakapanyja. U adkrytyja niama czaho kłaści, bo heta toje ż samaje, szto i stajnia.

— Nu, tady heta daminikancaŭ ci ŭ klasztary, — dadaŭ Akolniczy, — tam ża niejki tajnik musić znajścisia.

— Ale dzie tam, — uskliknuŭ u rospaczy Mikuć, — i ŭ daminikancaŭ, i ŭ biernardzincaŭ, i ŭ jezuitaŭ, i ŭsiudy, dzie byli tajniki, jany ŭżo poŭnyja — naszaha i czużoha — zamurawanyja, nijakich śladoŭ. — Zreszty, czasu mała — heta casus fatalny[4] , a ŭsio z-za taho kaniuszaha, sumlenny czaławiek, ale — wietrahon, chaj Boh jamu pamahaje, takoha piwa nam nawaryszcz, — ale i Sabieski taksama, kab pra heta zabycca! Szto tut rabić? — Szto rabić, sam nie wiedaju.

Nastała chwilina maŭczańnia. Stary Lutomski, słuchajuczy razmowu panoŭ, stajaŭ pobacz, jak i raniej, skłaŭszy ruki za śpinu, — nareszcie padychodziaczy da paŭnamocnaha pradstaŭnika .

— Kali łaska, Wialmożny Panie, — skazaŭ jon, — ja prapanawaŭ by, pierapraszaju pana, hetuju karetu pierachawać.

— Zlitujsia, panie Marcinie, dzie? adkaży, — zakryczaŭ IMpan Mikuć, trywożna źwiartajuczysia da akanoma.

— U mianie ŭ Hrozaŭcy.

— Ci Waspan zdureŭ? Dzie ŭ Hrozaŭcy pierachawać?

— U mianie jość miesca, Wialmożny panie, zdajecca, darujcie, wielmi dobraje.

— Dzie? na haspadarcy?

— Na haspadarcy.     — Ale ż tam draŭlanyja budynki, niama niwodnaha takoha miesca — chiba dumajesz Waszmość zakapać, — heta ja ŭżo dumaŭ, ale heta niemahczyma, bo i znajści lohka , i budzie źniawieczana ŭszczent.

— Boża barani! — skazaŭ akanom, pakruciŭszy haławoj. — Nie zakapaju, ale pryznajusia wam, panie, recz woś u czym. Ja ramantawaŭ padłohu ŭ alkiery, bo jana była — szwach, usiudy hniłaja, i wypadkowa natrapiŭ na loch prosta pad samym wuhłom alkieru, wielmi zakryty i akuratny, pra jaho , pryznajusia , nichto nie wiedaŭ i dahetul nie wiedaje, bo ja sam tam ważdaŭsia, żadajuczy spaczatku trochi palepszyć . Woś i dumaju sabie, szto hetyja niespakojnyja czasy — byccam sam Boh daŭ u patrebny czas — moża spatrebicca. A padłoha jaho zakrywaje, pryznajusia IMPanu, i nawat sam djabał nie znojdzie.

— Dobraja parada, — skazaŭ Padkamory, pastukwajuczy palcam pa tabakiercy.

— Wiedajesz Waszmość szto, panie Marcinie, — skazaŭ Mikuć paśla niewialikaha rozdumu. — niachaj tabie Boh adździaczyć, kali wyratujesz nas ad wialikaj biady, — ale jak my jaje pierawiaziem? Nas mohuć zławić pa darozie.

Pa hetym pytańni IMpan Płaszkoŭski Akolniczy ŭziaŭ pana Mikucia za ruku i, adwioŭszy jaho, skazaŭ jamu na wucha

— Ale wy ŭpeŭnieny ŭ hetym akanomie?

— U hetym? — chutka adkazaŭ pan Mikuć, — klanusia Boham, jak u samim sabie, heta czaławiek sapraŭdy intaminatae fidei[5] .

— Nu, tady inszaja recz — skazaŭ Akolniczy, kiŭnuŭszy haławoj, i huczna dadaŭ:

— Wojski iduć sa Słonima — można nie bajacca sustreć transpart, bo Hrozaŭka znachodzicca directe [6]ŭ procilehłym kirunku.

— E-e-e, — dadaŭ padkamory. — falwarak niewialiki, u baku, jaho lohka abminuć , tamu nichto tudy i zazirać nie budzie; heta lepszaje miesca, kab schawać.

— Nu, tady, panie, niama czaho ciahnuć — pierapyniŭ jaho IMPan Mikuć, — kali ŭżo sam heta biaresz na siabie, spadziajusia, dasi rady. Idzi ż, panie Marcinie, da Szabanskaha, niachaj chutczej pakuje, biarycie palaŭniczyja wazy i — z Boham— chutczej ruszcie ŭ darohu. Ale, — dadaŭ jon Lutomskamu, jaki adychodziŭ, — lepsz nie brać zamkawych słuh — lepsz sami sabie dawajcie rady.

Praz niekalki hadzin, a było, mabyć, adzinaccać hadzin noczy, karetu, razabranuju na czastki, zapakawali i skłali na dwa furhony. Szabanski i Wiencławawicz siadzieli ŭ adnym, Zabłocki i Ziańkowicz — u druhim. Lutomski na swaim szerym kani pajechaŭ napierad, i tak jany ruszyli ŭ Hrozaŭku. U ciomnuju, wietranuju i chałodnuju nocz jany paśpiachowa zawiarszyli ŭsiu wandroŭku, choć jana była ni dobraj, ni zrucznaj, i kala treciaj hadziny paśla poŭnaczy ŭjechali ŭ falwarak. Lutomski, abahnaŭszy furhony , kinuŭsia na dwor, prywiazaŭ kania da sadowaj bramki i, abyszoŭszy dom z druhoha boku, paczaŭ stukać u akanicy alkiera, dzie ŭ błażennym śnie spaczywała pani akanomawa.

— Adczynicie, — cicha paklikaŭ jon.    — Matka Najświaciejszaja! — zakryczała abudżanaja pani Lutomskaja, — chto stukaje?

 — Adczynicie chutczej.

 — Kożny duch chwalić Pana Boha. — Kundziu, uciakaj! — Chto stukaje?

 — Heta ja, — adkazaŭ muż, — Marcin, adczyniaj, Waszmość.

 — Boża łaskawy! Szto zdaryłasia?

 — Niczoha nie zdaryłasia, adczyniaj żywa, Waszmość.

 Było czuwać, jak pani Lutomskaja ŭskoczyła basanoż z łożka, abcasy zastukali pa padłozie, adzieńnie szalaścieła. Muż pajszoŭ na hanak, a furhony ŭżo padjazdżali. Akanomawa, nadzieŭszy nakidku i nakryŭszysia chustkaj, nieŭzabawie adczyniła dźwiery. Lutomski raspaliŭ ahoń — paczali zanosić pakunki.

 — Szto heta? — spytała akanomawa ŭ muża.

 — Jahamość paźniej dawiedajecca, — adkazaŭ Lutomski. — Niama czasu razmaŭlać. Lepsz pryniasicie starki i wiandliny, bo my hałodnyja i źmierzłyja.

Dyk woś, akanomawa wybiehła na druhi bok majontka, dzie panna Kuniehunda daŭno schawałasia sa swaim niehliże. Tym czasam panowie sami pieranieśli pakunki i pakłali ich u sklep, a paśla taho, jak wypili starki, nieŭzabawie sieli na furhony i paskakali ŭ Niaświż.

Ciszynia znoŭ zapanawała na dwary akanoma.

— Nu, — skazała , stojaczy pierad mużam, Lutomskaja, kali jany ŭżo byli ŭ alkiery, i jon paczaŭ skidać bałachon, — nu, szto heta? Skaży ż mnie, Jahamość, bo mianie tak cikawaść raspalwaje, szto mnie kiepska zrabiłasia.

— Cicha! — adkazaŭ muż, prykłaŭszy palec da wusnaŭ. — Pamiataj, Imość, piersz za ŭsio, szto heta wialikaja tajamnica.

— Tajamnica? — amal miechaniczna paŭtaryła żonka z szyroka raspluszczanymi waczyma.

— Wialikaja tajamnica, — paćwierdziŭ muż. — Zaklinaju ciabie Najświaciejszaj Maci Wostrabramskaj i ŭsimi światymi zachawać mnie hetuju tajamnicu, kab nichto ŭ świecie, ni rodny baćka, ni dzicia, ni słuhi, barani Boża, nie wiedali pra hetyja pakunki.

— Najsaładziejszy Jezu! — cicha ŭskliknuła akanomawa.

— Słuchaj, Imość , — badziora dadaŭ muż, padychodziaczy, — kali chto-niebudź pra heta dawiedajecca, zahubisz i mianie, i siabie i dziaciej.

— Najświaciejszaja Maci! — znoŭ zakryczała żonka swaju zwyczajnuju litaniju. — Dyk, moża, kaho abrabawali pa darozie, ci szto? Niachaj ruka Boskaja baronić!

— Cicha, bo! Hłupstwa Imość placiesz, — pierapyniŭ Lutomski i, aściarożna azirnuŭszysia, raskazaŭ żoncy, szto było ŭ pakunkach. akanomawa ŭważliwa słuchała, kiwajuczy haławoj u abodwa baki, skłaŭszy ruki, byccam u malitwie, i paŭtarała cichim hołasam:

— Kareta! Załataja kareta, Matka Najświaciejszaja!

A kali jon skonczyŭ, jana dadała:

— Nu, szto ż nam ciapier rabić?

— Niczoha, prosta siadzieć cicha i pilnawać, pakul nie nastupiać lepszyja czasy i nie wierniecca kniaź, a kali mnie treba budzie adyści, to Imość niachaj siadzić, jak kuryca na jajkach — bolsz niczoha nie treba.

— Nu, nu, niachaj! — adkazała akanomawa, — ale kali nastanie niadziela ci świata, to szto? Nam treba iści ŭ kaścioł!

— Kali my pojdziem u kaścioł, to albo Imość, albo ja, a niechta adzin musić być doma.     — Matka Najświaciejszaja! — cicha praszaptała żanczyna . — woś! Nu! Szto ż rabić? treba pilnawać, kniaź abawiazkowa ŭznaharodzić nas za heta.

— O! Imość dumaje tolki pra ŭznaharodu! Heta Masanie, pryznajusia, nie ŭznaharoda, a szlachietnaja sumlennaść i nasz abawiazak dyktuje pilnawać panskuju majomaść; a jaho wola albo łaska ŭznaharodżwać ci nie — heta nie nasza sprawa.

— Nu, nu, heta wiadoma, ja wiedaju, szto ty, Marcinku, sumlenny czaławiek... ale...

— Tak, — pierabiwaŭ jaho Lutomski, użo źbirajuczysia spać, — ale kali worah natrapić padczas wajny, barani Boża, i jon ŭsypie nahajkaj, pytajuczysia pra karetu, szto Imość zrobisz, ha?

— O, rany Chrystowy! — praszaptała akanomawa z żywym uzdycham. — Marcinku, nie każy takich reczaŭ na nocz. — Nie daj Boża. Och! Nawoszta było brać hetuju karetu? Ale skaży mnie, serca, — cicha praszaptała jana praz chwilinu, — ci jana ŭsia z zołata?

— Wiadoma ż, załataja?

— Usia całkam, i dyszal załaty?

— Zrazumieła.

— A koły załatyja?

— A jak ża ż, załatyja.

— Nu, skaży mnie, a szto, kali jana na szto-niebudź brydkaje najedzie?

— Aj, placiesz Imość, — nu i szto, jana aczyścicca, i ŭsio.

— Matka Najświaciejszaja! — uzdychnuła jaszcze raz akanomawa. — Heta ż treba! Usia załataja!

Tak, u strachu i mrojach pra karetu, Lutomskija nareszcie zasnuli, i nichto na falwarku nie pracznuŭsia i nie zapadozryŭ nacznoha zdareńnia. Tolki słuhi falwarku byli wielmi zdziŭleny na nastupny dzień, szto akanom wiarnuŭsia ŭnaczy, szto, adnak, lohka tłumaczyłasia wajnoj i niespakojnymi czasami.  

____________ 

 Zachawańnie karety, jak i ŭtojwańnie niaświżskaj skarbnicy, adbyłosia wosieńniu 1768 hoda, nieŭzabawie paśla adjezdu kniazia Karala. My ŭżo zhadwali pra prybyćcio Bieżynskaha ŭ Biełuju, jakoje adbyłosia praz sześć miesiacaŭ, u kancy wiasny 1769 hoda.

 Bieżynski niekatory czas chawaŭsia ŭ zamku Bielskim, a ŭ reszcie reszt źnik razam z naszym maładym siabram Paszkoŭskim, jakoha parekamiendawaŭ jamu kniaź. Nieŭzabawie na miescy wajennych padziej zjawiŭsia nowy atrad kanfiederataŭ z szaścisot czaławiek i z czatyrma harmatami pad kamandawańniem Bieżynskaha. Z im byli: wydatny wiersznik i wajenna padrychtawany rotmistr Szyc z radziwiłaŭskaj milicyi, jaki paźniej doŭhi czas zastawaŭsia z IMPanam Kazimiram Pułaskim i akazaŭ jamu wialikuju dapamohu; zatym Kaniuszycz Paszkoŭski, parucznik Barejsza i mnoha inszych sa szlachieckaj moładzi. Atrad Bieżynskaha, dawoli paśpiachowa ŭdzielniczaŭ u niekalkich sutyczkach, choć i nie bujnych, ale ci to pa nieaściarożnaści, ci, jak śćwiardżajuć inszyja, naŭmysna pad kiraŭnictwam Bieżynskaha, jon pracisnuŭsia da Biełastoka, dzie, raźbity pieraważnaj siłaj, byŭ by całkam raźbity, kali b nie Szyc, adważny wienhr, jaki, sabraŭszy resztki, prasunuŭsia z imi ŭhłyb Litwy. Tam szyrokija i niedastupnyja lasy z bałotami i dryhwoj dazwolili im adpaczyć i pierahrupawacca.

Siarod spadarożnikaŭ Szyca byli taksama Barejsza i Paszkoŭski, jakija szczaśliwa acaleli. Kanfiederaty raźbili łahier u Rużanskaj puszczy, dzie pawolna źbiralisia niedabitki i nowyja dobraachwotniki. Adnak, kab zdabyć ludziej, jeżu i furaż, im dawodziłasia zdziajśniać pastajannyja i nie wielmi biaśpiecznyja wyprawy; tut Barejsza, jak daświedczany miascowy żychar, i Paszkoŭski taksama znajszli szyrokija mahczymaści dla dziejańniaŭ. Jany czasta znachodzili padtrymku ŭ rajonach wakoł Słucka i Niaświża, bo atrymliwali najbolszuju dapamohu z kniażackich majontkaŭ.

____________ 

Panski dom u Hrozaŭcy byŭ dawoli pryjemnym miescam dla adpaczynku; sam damok byŭ stary, nie asabliwa wialiki, ale akuratny i zruczny, paczarnieły ad stahodździaŭ, z wysokim sałamianym dacham i hankam na czatyroch słupach. Jon wałodaŭ toj sapraŭdnaj rysaj starych szlachieckich majontkaŭ, jakija siońnia sustrakajucca ŭsio radziej. Pierad im razhortwaŭsia prastorny dwor, pakryty pryhożym dziornam, choć i trochi piasczanym u niaroŭnych miescach. Jaho akrużali akuratnyja i prastornyja haspadarczyja pabudowy z dwuma ŭwachodnymi warotami pa abodwa baki. Pa starym zwyczai hetyja waroty byli złuczany ŭwiersie belkaj z wieśniczkami i prystupkami ŭzdoŭż, i pakrytyja sałamianymi prystreszkami. U samym centry dwara stajaŭ hłyboki kałodzież z żołabami pa abodwa baki, pierad jakim pastajanna schilaŭsia skrypuczy żoraŭ, dastajuczy z jaho hłybini chałodnuju, krysztalowa czystuju wadu na karyść ludziej i haspadarki. Panski dom usio jaszcze byŭ adździeleny ad dwara niewialikim czastakołam, jaki abaraniaŭ ad szkody kwietki, pasadżanyja pierad woknami. Hanak wychodziŭ na paŭdniowy ŭschod. Za siadzibaj raźmiaszczaŭsia dawoli szyroki fruktowy sad z bahataj zielaninaj i starażytnymi drewami, husta absadżanymi kustami bezu i czaromchi, asabliwa kala budynka. Pobacz z sadam, sprawa i na zachad za siadzibaj, prylahaŭ biarozawy haj, absadżany pryhożym dywanom z trawy, praz jaki pastupowa ŭsio hłybiej i hłybiej raspaściralisia chwoi, pakul, nareszcie, haj nie pieratwaryŭsia ŭ paważny i tajamnicza szumiaczy sasnowy bor. Tut, z karotkimi pierapynkami, praciahwalisia lasy, hałoŭnaj asabliwaściu jakich była Rużanskaja puszcza. Z uschodnie-paŭdniowaha boku siadziby, heta znaczyć śpieradu, za haspadarczymi pabudowami, ziamla pawolna spuskałasia da blizkaha łuhu, jaki stużkapadobnym reczyszczam byŭ parezany niewialikim ruczajom pad nazwaj Maraczanka.

Byŭ ranak adnaho z aposznich dzion czerwienia; sonca, akrużanaje świetła-rużowymi abłokami, użo źlohku ŭzyszło. Paśla jasnaj noczy szera-biełaja rasa, pieraliwajuczy jarkimi kolerami, źziała na kożnym listoczku i na trawie prastornaha dwara ŭ Hrozaŭcy. Tam, dzie stupiła czaławieczaja naha, paciamnieŭ śled, padobny na śnieżny. Pawietra napaŭniałasia wodaram bezu i czaromchi. Na dwary było cicha, bo ledź paśpieli słuhi pawaruszycca, jak na hanku zjawiŭsia stary Lutomski. Heta byŭ mużczyna siaredniaha rostu, mahutnaha ciełaskładu, abhareły ad sonca, z surjoznym twaram, jaho siwyja wusy swabodna źwisali niżej barady; twar jaho nabyŭ niejki strohi wyraz, akramia taho, bo, nie majuczy mahczymaści czasta halicca z-za dryhotkich ruk, jon dazwoliŭ swajoj hrubaj siwoj baradzie adraści za niekalki tydniaŭ. Lutomski byŭ apranuty ŭ szery, dymczaty chałat, sa skuranym ramianiom, doŭhimi rudymi botami i sałamianym kapieluszom. U znak ułady, ci to nad kaniom, ci, mahczyma, nawat nad niejkim niepakorliwym junakom, na jaho prawaj ruce na ramieńczyku wisieŭ prystojny Boćkaŭski bizun, apraŭleny ŭ łapku sarny. Wyraby Boćkoŭskija kaliści byli nastolki wiadomyja ŭ hetym płanie, szto ich raskuplali pa ŭsioj Polszczy, bo zjaŭlajecca histarycznym faktam, szto kali szwiedy abkłali Boćki wajskowaj daninaj, horad, nie majuczy hroszaj, wypłoczwaŭ jaje swaim tawaram — heta znaczyć dyscyplinami, bizunami, arapnikami i h.d. Adnak hetaja pryłada ŭ rukach staroha Lutomskaha była, widać, strasznaj tolki dla siwawałosaha kania, jaki nie raz, karystajuczysia pozirkam haspadara na pole, nibyta miżwoli i raptoŭna pawaroczwaŭsia nazad da doma, szto najbolsz razdrażniała staroha haspadara. U takim wypadku siwawałosy koń, akramia szmatlikich epitetaŭ, jakija, my nie wiedajem, nakolki jaho chwalawali, atrymliwaŭ niekalki szyrokich zaściarohaŭ pad brucha.

Akanom tolki szto schodziŭ z hanka, kali paczuŭ , choć i trochi hłuchi, mocny tupat koniej, i ŭ hety samy momant la bramy z prawaha boku dwara zjawilisia try wierszniki na dobrych koniach, jakija nakiroŭwalisia prama da panskaha doma. Stary, użo paznaŭszy formu i rysztunak kanfiederataŭ la bramy, pawiesialeŭ i czakaŭ.

Prybyłyja spynilisia pierad hankam i źleźli z koniej; starejszy, jaki byŭ parucznik I.M. Pan Barejsza, ciopła prywitaŭ Lutomskaha i skazaŭ, pakazwajuczy na ​​swajho maładoha spadarożnika:

— Pradstaŭlaju I.M.Pana Lanckaronskaha Paszkoŭskaha, Bresckaha kaniuszycza.

Padczas prywitańniaŭ i znajomstwaŭ, pa znaku haspadara, koniuch, jaki prybyŭ z haściami, pawioŭ koniej u stajniu, i szumnaja razmowa za hankam wyklikała dziŭnuju zjawu, jakaja, adnak, nie wyśliznuła ad pilnaha woka Paszkoŭskaha. Jon zaŭważyŭ aświetlenyja jarkimi promniami raniszniaha sonca dwa wialikija, ciomnyja sapfirawyja woczy, schawanyja konczykami biełych palczykaŭ, — usie jany razam zjawilisia ŭ wyrazanym sercajku akanicy. Adnak widowiszcza imhnienna źnikła, i nieŭzabawie ŭ pamiaszkańni paczulisia szołach, chadżeńnie i hrukat u dźwiery. Piersz czym zaprasić nowych haściej u dom, haspadar paśla prywitańnia skazaŭ:

— Jak wy, panowie, siudy trapili? U Niaświży, Słucku i ​​Słonimie paŭsiul stajać patruli.

— Ba, — adkazaŭ Barejsza, śmiajuczysia, — bo my zusim nie z tych miaścin, a z Rużanskaj puszczy.

— O! chiba tak, — pierapyniŭ Lutomski, — bo ja czuŭ, jak, pryznajusia, niejki Bieżynski was kirawaŭ, ale ja ŭsio jaszcze nie wiedaju, jak wy tut prabiralisia.

 — Praz lasy i ŭnaczy, — skazaŭ Paszkoŭski, — soramna kazać, szto my pawinny iści, jak waŭki, i kali b nie Szyc, licha b nas uziało.

— Ci praŭda, — spytaŭ Lutomski, — szto stary hietman[7] dasyłaŭ wam patrony padczas sutyczki pad Biełastokam?

— Najświaciejszaja praŭda, i nie tolki patrony, ale i ludziej, zdolnych da zbroi.

— Hm, — pramarmytaŭ stary, kiŭnuŭszy haławoj, — kamiedyja ! Szwahier Jahamości karala, nu! A chiba żaŭniery nie ŭwarwalisia ŭ pałac paźniej paśla bitwy? nie abrabawali jaho — nie zrabili jamu niczoha?

— Niczoha — barani Boża, — adkazaŭ Paszkoŭski, śmiajuczysia. — Stary hietman adpisaŭ usio swajoj żoncy, Pani Krakaŭskaj, siastry karala, kab prychilniki karala nie mahli jaje pakryŭdzić!

— A inaczaj, — dadaŭ Barejsza, — stary hietman moh by ŭ takim razie adklikać darczy zapis.

— Praŭda, — pahadziŭsia haspadar i, azirnuŭszysia nazad i ŭbaczyŭszy, szto akanicy ŭżo adczynieny, zaprasiŭ haściej unutr.

Haścioŭnia, jakaja taksama służyła stałowaj, źlewa ad zały, nie była zusim sałonam, jaki, niesumnienna, mieła ŭ tyja dni nawat samaja maleńkaja szlachieckaja siadziba. Tam nie było ni lusterkaŭ, ni mebli z czyrwonaha drewa, ale pa-staromu jaje ŭpryhożwali tolki ŭzornaja czyścinia i paradak. Kanapa dla hanarowych haściej i niekalki kresłaŭ, kalbuszoŭskaje biuro, samy elehantny pradmiet mebli, wialiki stoł, niekalki waz z kwietkami ŭ woknach — woś i ŭsio abstalawańnie i mebla. Scieny byli pabielenyja wapnaj, padłoha adpalirawanaja, jak lusterka. Adnak prysutnaść panny Kuniehundy była widawocznaj u Hrozaŭcy, pra jakuju warta skazać niekalki słoŭ.

Lutomski adprawiŭ swaich dwuch małodszych synoŭ u szkoły ŭ Nawahrudku, a jaho starejszaja adzinaja daczka, Kundzia, wychoŭwałasia dziesiać hod i czasta spyniałasia na niekalki miesiacaŭ u hodzie ŭ swajho dziadźki Mastaŭniczaha ŭ Boćkach. Buduczy biazdzietnym, zamożnym i ŭżo bolsz adukawanym, jon spadabaŭsia plamieńnicy i abawiazaŭsia dać joj lepszaje wychawańnie, czym toje, jakoje jana mahła b atrymać ad swaich paważanych i sumlennych baćkoŭ, jakija żyli ŭ światoj prastacie. Tamu, kali Kundzia pryjazdżała u Hrozaŭku, usio źmianiałasia da niepaznawalnaści, uwieś dom i nawakolle nabywali bolsz estetyczny charaktar. Tamu z pierszaha pakoja uciakaŭ u alkier wialiki zialony kufar, pasmy nitki, pałatno i puczki suszanych traŭ adychodzili ŭ świran ci kładoŭku; sprawa ad dźwiarej wializny komin, paważnaja staryna, apranaŭsia ŭ niawinny i saramliwy fartuszak z biełaha parkalu, jaki chawaŭ jaho czornyja, źlohku paciortyja czaleśniki. I niejak usio stała nastolki czystym, pryjemnym, akuratnym i paradkawanym, szto nawat sama pani akanomawa pastupowa paczała pryzwyczajwacca da hetych, jak jana ich nazywała, nawamodnych wynachodnictwaŭ. Choć pańnie Kuniehundzie czasta dawodziłasia ŭstupać u niaznacznyja swarki z maci, jakaja liczyła samu czyściniu paradkam i elehantnaściu, bo nikoli nie mahła wypracawać nijakaha estetycznaha paniaćcia, nawat ahulnaha ŭjaŭleńnia.

 — Kamu szkodziła, — skazała jana daczce, — kab tut wisieli sabie pasmy nitki na ścianie?

 — Niepryjemna, darahaja mama.

 — Jak heta niepryhoża? Takaja praża, szto choć na hałandskija surwetki, nu! Kaniec świetu, jakaja heta ciapier moda!   — Ci hety kufar, — skazała jana, skłaŭszy ruki i z asałodaj hledziaczy na ​​jaho, — jaki kufar! I pahladzicie, jaki jon wykawany; heta jaszcze moj dziawoczy, ad niabożczycy pani Staraściny. Twoj baćka, kali prychodziŭ da mianie, zaŭsiody siadzieŭ na im. Oj! oj! oj! dzie ż tyja czasy? Dobra było b, kab chto-niebudź czasam i tut na im siadzieŭ.

— Ale, matula, nielha stawić kufar u pierszym pakoi, dy i akramia taho, ad jaho wielmi mocna pachnie jabłykami.

— Oj, jaszcze czaho? Dajcie mnie spakoj! Tak drenna pachnie, ci szto? Ja naŭmysna trymaju ŭ im jabłyki i pyrskaju ich wienhierskaj tualetnaj wadoj, bo heta lepszy sposab adpudzić mol. Ale ŭ was — Maci Bożaja! Niejkija nowyja mody. Nu, nu, jak sabie choczasz, jak wyniesiesz to wynoś, ale z kufram usio roŭna pryjemniej.

U takich wypadkach zaŭsiody pieramahała adzinaja kachanaja daczka, jakaja, dareczy, kali paczynała ŭhaworwać, mahła pierakanać u czymści nie tolki maci i syna, ale i samaha raszuczaha kanfiederata, naprykład jak IMPan Paszkoŭski.

Kali naszy panowie apynulisia ŭ pakoi, a haspadar zaprasiŭ ich adpaczyć, nieŭzabawie prybyła i pani Lutomskaja, a za joj — jaje mocna paczyrwaniełaja daczka. Nastupili ŭśled nowyja prywitańni, za jakimi immediate [8]padali harełku i zakuski, praŭda, pryniesienyja nie lokajem, ale pryhożaj dziaŭczynaj, prystojna i akuratna apranutaj pa-wiaskowamu. Barejsza adrazu paczaŭ tłumaczyć sprawu, prosiaczy ŭ imia rotmistra Szyca, z wyraznaj woli wajawody, kab z kniażackich majontkaŭ byli prykładzieny namahańni dla ŭzmaćnieńnia atrada i zabieśpiaczeńnia ŭsim nieabchodnym. Pakolki wakoł paŭsiul stajali dawoli mocnyja wajennyja patruli, jak karaleŭskija, tak i sajuznyja, i ich prysutnaść pieraszkadżała Barejszy i Paszkoŭskamu lohka dabiracca da kluczawych punktaŭ, takich jak Słuck ci Niaświż, jon paprasiŭ Lutomskaha pieradać hetuju infarmacyju kudy treba. Naszy kanfiederaty taksama mieli namier dabracca da Niehareły , falwarku z radziwiłaŭskich majontkaŭ , jaki znachodziŭsia ŭ zakładzie u I.M. Pana Baroŭskaha, słonimskaha kamornika.

Padczas razmowy Barejszy z haspadarom, Paszkoŭski skarystaŭsia mahczymaściu pahutaryć z żanczynami, i, widać, hałoŭnym czynam z pannaj, bo jaje maci pastajanna wychodziła i wiartałasia, kab znoŭ sarwacca zajmacca chatnimi sprawami, asabliwa kłapociaczysia pra dobry abied i paważliwy pryjom haściej. Maładaja para, czyjo ŭzajemnaje kachańnie stanawiłasia ŭsio bolsz widawocznym, szczabieczuczy, jak ptuszki, i ŭsio bolsz zbliżajuczysia, zabyłasia pra nawakolny świet, czamu bliskucza, kali nie naŭmysna, dapamahaŭ apawiadalnik Barejsza, jaki mieŭ biaskoncyja historyi dla raspowiedu.

Siarod szumu razmoŭ aściarożna adczynilisia dźwiery, i zjawiłasia nowaja postać. Heta byŭ Chaimak, drobny handlar sa Słucka, daŭno wiadomy wa ŭsioj wakolicy; maleńki, bledny, z redkaj ciomnaj barodkaj, zhorbleny, sztochwiliny kłaniaŭsia, trywożny i pakorliwy. Jon kuplaŭ szkury, cybulu, ptuszku, pierje, pustyja butelki, staroje adzieńnie, karaciej każuczy, usio, szto moh kupić, aby tolki nie za wialikija hroszy.

— Szto skażasz? — spytaŭ haspadar, pawiarnuŭszysia da jaho.

— Nu, — skazaŭ jon, niekalki razoŭ nizka kłaniajuczysia, padymajuczy jarmołku prawaj rukoj i zaŭsiody hledziaczy jamu ŭ woczy, choć sam byŭ sahnuty ŭdwaja, — nu, ja zajszoŭ, moża, jość szto pradać?

— Niama niczoha, — adkazaŭ haspadar, — idzi z Boham.

— Darujcie, Jahamość, moża, jość szkury, dyk ja ich i kupiŭ.

— Ja ż kazaŭ, szto niama, możasz iści.

— Nu, — uparta praciahwaŭ Chaimiek, — ale kali Pan Byk wam daść, kab biło, to niachaj Jahamość nikomu nie pradaje, ja kuplu.

— Durań, — skazaŭ Lutomski, uśmichajuczysia. — Ale, — dadaŭ jon, — adkul idziesz?

— Nu? skul mnie iści? z domu.

— Prosta sa Słucka?

— Sa Słucka.

— Tam jaszcze jość wojska?

— Czamu nie maje bić? oj wej — szto tam robicca, tak bilisze, niachaj Pan Byk baronić!

— Bilisia? — zakryczali sa zdziŭleńniem hości i haspadar.

— Aj! hewałt jak bilisze!

— Z kim? hawary.

— Z kim mieli bicsze? sami z saboj, padychodzili da kramaŭ — na rynku, paczali zławacca, adzin udaryŭ druhoha ŭ twar, druhi druhomu ŭ pysu, — uf! Taki strach! Potym ŭzialisze da zidkoŭ — hewałt! zidki ŭ szkołu. — Tam zabili szmat zidkoŭ — zabili naśmierć! Pałowa zidkoŭ sa Słucka zahinuła.   — Jak takoje moża być?» — zaŭważyŭ haspadar. — chłusisz .

— Nawoszta mnie chłusić? Dziela Boha , heta praŭda», — zakryczaŭ Chaimak. — pałowa żydkoŭ zahinuła. — Nu, — supakojliwa dadaŭ jon, — jany potym znajszlisza.

— O, durnieńki, — zaśmiajaŭsia Lutomski. — a jakoje ż tam wojska staić?

— Jakoje wojska? — skazaŭ Chaimak, paŭtarajuczy pytańnie pa-swojmu i paciskajuczy placzyma. — chiba ja wiedaju, jakoje wojska?! — Ale peŭna nie Kanfieraty, bo Kanfieraty — dalikatny narod. — Nu, ale szto ja mahu Jahamości skazać? — dadaŭ jon ciszej, trochi nabliżajuczysia. — Jahamość wiedaje, szto ja prychilny żydok, jany, napeŭna, siońnia siudy buduć prychodzić.

— Tut? — spytaŭ zdziŭleny haspadar.

— Napeŭna, tut, bo ja baczyŭ, jak jany ŭczora wichodzili i iszli ŭ hety bok, jany, peŭna, nacawali niedzie ŭ darozie.

— A kolki wojska?

— Adkul ja mahu wiedać.

— Nu, bolsz-miensz, jakoje wojska? Szmat?

— Ja dumaju, — skazaŭ Chaimak, pakruciŭszy haławoj, — szto tych, chto idzie z piachotaj, napeŭna, bolsz za sto, moża, trysta, a tych, chto jedzie wiercham, — heta dwa kawałki.

— Szto ty majesz na ŭwazie pad dwuma kawałkami? — spytaŭ Barejsza, użo huczna śmiajuczysia.

— Daliboh, dwa kawałki, — zapiareczyŭ Chaimak, — i ŭ kożnym kawałku ich budzie, moża, tryccać.

— Dwa eskadrony, wiadoma ż, — skazaŭ Paszkoŭski.

— Dobra, Chaimak, szto ty skazaŭ nam, — pierapyniŭ haspadar, — za heta ty atrymajesz kiliszak harełki.

— Wialiki dziakuj, — skazaŭ żyd, kłaniajuczysia.

— I pamiataj, — dadaŭ Lutomski, — nie idzi ż ciapier u toj bok, adkul idzie wojska.

— Aj! hewałt! — uskliknuŭ Chaimak. — nawoszta mnie heta, chiba ja durny! Kali b ja ich dahnaŭ, jany b chacieli mianie pawiesić.

Paśla taho, jak żyd syszoŭ, Lutomski skazaŭ, źwiartajuczysia da haściej:

— Wiedajecie szto, panowie, choć mnie było b pryjemna witać was tut, darujcie, ale ja pawinien pryznacca, szto ja b nie raiŭ Waszmości czakać tut karaleŭskich. Samastojna z cełym patrulom wy niczoha nie zrobicie.

— Naturalna, — adkazaŭ Barejsza, — nam niama sensu ich czakać, ale i nieadkładna ŭciakać - niama terminowaj patreby. My skażam koniuchu, kab koniej trymaŭ za sadam u biarozawym hai, a ty, pasadzi chłopca ŭ chleŭ, niachaj jon naziraje z dachu. Kali pryjdzie czas, my adstupim.

— Chaj budzie i tak, heta dobraja ideja, a moża, żyd tryźnić, na świecie szmat daroh, i nie ŭsie jany wiaduć u Hrozaŭku.

Dyk woś, chłopca pasłali ŭźleźci na dach, szto, widać, pryniesła jamu niewymoŭnaje zadawalnieńnie. Razmowa praciahwałasia da abiedu, i, nareszcie, było ŭżo daloka za poŭdzień, kali hety nowy imprawizawany farpost u wyhladzie źlohku zasmalenaha junaka padaŭ sihnał. Jon kryknuŭ z wyszyni, szto baczyć wobłaka pyłu, jakoje nabliżajecca z boku Słucka ŭ bok Hrozaŭki. Haspadar, hości i chatnija wybiehli za stadołu; u czystym poli sapraŭdy byli bacznyja kałony z bliskuczaj zbrojaj. Tamu naszy padarożniki chutka wiarnulisia dadomu, raźwitalisia z haspadarami, nareszcie wyjszli ŭ sad i nakirawalisia da koniej, jakija czakali ich u hai. Adnak, nie paśpieli jany sieści ŭ siodły, jak ich zaŭważyŭ pieradawy atrad, jaki jechaŭ napieradzie, i troje wiersznikaŭ kinulisia da biarozawaha haju. Paczułasia niekalki strełaŭ, ale nieŭzabawie jany pawolna wiarnulisia, widawoczna, niczoha nie dasiahnuŭszy. Adnak zdalok było zaŭważana, szto ŭwieś atrad wojska spyniŭsia i paszychtawaŭsia.

U Hrozaŭcy panawaŭ niemały strach; stary Lutomski, choć i siadzieŭ na hanku z dawoli spakojnym wyrazam twaru, sami żanczyny nie wiedali, kudy iści i czym zaniacca. Kundzia była achoplena trywohaj « za hetych niaszczasnych kanfiederataŭ », zaŭsiody każuczy pra ich u mnożnym liku, ale widać, dumajuczy tolki pra adzinoczny. Tym czasam dobraja staraja akanomawa, pramaŭlajuczy ŭsiu litaniju Usim Swiatym i Najświaciejszaj Dziewie Maryi z roznymi wokliczami, dryżała i bajałasia ŭsiaho, ale najbolsz jana dryżała ad dumki pra pakunki z załatoj karetaj, jakuju jana pryzwyczaiłasia achoŭwać, jak zrenku woka. Dawiedaŭszysia pra nabliżeńnie wojska, jana hieraiczna pieramiaściłasia ŭ alkier, paklaŭszysia ŭsim światym, szto nie zruszycca adtul ni na krok.

Nieŭzabawie na dwary paczulisia hrukat, mituśnia i brazhat zbroi. Da hanka padjechaŭ aficer , chudy, wysoki, ciomnawałosy, z wostrym, ale maleńkim i hłyboka zapałym wokam — heta byŭ Witynhof, — jaki, baczaczy, szto, zastajuczysia ŭ pałku Byszeŭskaha , jon mała szto atrymaje padczas wajny, pierajszoŭ pad kamandawańnie Branickaha. Baron, padjechaŭszy da hanka, źlez z kania z nachmuranym wyhladam, jaki nie pradwiaszczaŭ niczoha pryjemnaha.

— Szto heta? Waspan chawaje kanfiederataŭ? — skazaŭ jon, padychodziaczy da Lutomskaha.

— Nie chawaju, bo ich tut niama, — spakojna adkazaŭ haspadar. Raźliczyŭszy, szto ciopły pryjom supakoić aficera i praduchilić szkodu fiermie, jon zaprasiŭ jaho ŭnutr.

 Witynhof śmieła i razmaszysta ŭwajszoŭ u toj samy momant, kali pa zahadu baćki panna Kuniehunda stawiła na stoł harełku i zakuski. Ale kali dźwiery ŭ pakoj adczynilisia, jana ŭciakła. Aficer zirnuŭ na jaje, choć nie moh baczyć jaje twaru. Jon na chwilinu zawahaŭsia. Z inszaha boku, wyhlad butelki na stale pryciahnuŭ jaho ŭwahu. Niemiec nachmuryŭsia i, nie czakajuczy zapraszeńnia, adrazu naliŭ sabie szklanku. Ale, użo padniosszy kiliszak da wusnaŭ, Witynhof staŭ, hledziaczy na ​​dźwiery, za jakimi zaŭważyŭ Kundziu.

Donnerwetter [9], — pramarmytaŭ jon, pacirajuczy łob, — ​​« was ist das?» Ale, uspomniŭszy, szto trymaje ŭ ruce, wypiŭ kiliszak adnym hłytkom.

Lutomski, ubaczyŭszy hety manieŭr, nachmuryŭsia i niczoha nie skazaŭ; Kundzia ŭżo nie pakazwałasia. Nieŭzabawie, kali ŭ pakoj uwajszli jaszcze niekalki małodszych aficeraŭ, szum u dwary stanawiŭsia ŭsio huczniejszym; nieŭzabawie ŭ pakoj ubiehli niekalki żaŭnieraŭ — użo, jak widać, trochi zachmialełyja .

— Panie Parucznik, — skazaŭ adzin, wycirajuczy wusy, — dakładwaju, szto tut kanfiederaty. Żanczyny ich chawajuć. Moża, Pan Parucznik dazwolić nam zrabić rewiziju?

— Heta absalutna nieabchodna, — zakryczali aficery ŭ pakoi; usie radziwiłaŭskija falwarki — heta łohawa buntaŭnikoŭ, i kali nie kanfiederataŭ, to zbroju chawajuć .

— Treba szukać, — kryczaŭ adzin, — usiudy, u budynkach, na falwarku — usiudy.

Tym czasam Witynhof, choć i byŭ kamandziram usiaho atrada, mała źwiartaŭ uwahi na hetyja wokliczy, nieszta marmytaŭ sabie pad nos — jon praciahwaŭ jeści, jaszcze lepsz paciahwaŭ harełku, i, użo padwypiŭszy, byccam śpiaszajuczysia, jak zwyczajna, nareszcie raściahnuŭsia na kanapie i kryknuŭ kazakam, kab jany hrali i śpiawali. Usia chieŭra, nie hublajuczy czasu, niepakorliwa raźbiehłasia pa haspadarczych budynkach. Daremna Lutomski, prywatny pisar, humieńnik i inszyja chatnija piareczyli i apraŭdwalisia — dzierli ŭsio, szto mahli i nie mahli dastać, raskwatarawalisia kudy chacieli, nawat chadzili ŭ stadole i puniach, palaczy lulki; treśli, szukali i wyrywali padłohi. Hetaja nawalnica, jakaja z kożnaj chwilinaj nabirała moc, nareszcie dajszła da taho, szto ludzi ŭ samoj siadzibie źbiralisia nibyta szukać zbroju i kazali pra toje, kab wyrywać padłohu, wykluczna dziela nażywy, kradziażu i zachopu ŭsiaho, szto ŭdasca.

Pry hetaj nawinie staraja akanomawa amal aniamieła ad strachu, a Kundzia, baczaczy, szto budzie dalej, napałochanaja i sama, i stracham maci, żywaja, razumnaja i enierhicznaja dziaŭczyna, imhnienna wyraszyła. U prysutnaści baćki, jaki jakraz źbiraŭsia paskardzicca śpiawajuczamu, chistajuczamusia ŭ baki i ŭżo pjanomu Witynhofu, jana padbiehła i śmieła zakryczała:

— Panie aficer! Zlitujsia, ci warta heta? Szto my zrabili, kab nam pryczyniali takija prykraści?

Paczuŭszy hułki hołas dziaŭczyny, Witynhof uźniaŭ użo sonnyja woczy, na imhnieńnie ŭtaropiŭ na jaje swoj błukajuczy pozirk , i raptam, uskoczyŭszy na nohi, jon uskliknuŭ:

— Liza!!

 I praz imhnieńnie, zdawałasia b, jon apamiataŭsia, i chutka, amal ćwiaroza zahawaryŭ, źwiarnuŭszysia da Lutomskaha:

— Chto heta?

 — Maja daczka, — panura adkazaŭ haspadar, — tolki szto prasiła pana, i ja paŭtaraju hetuju prośbu, kab Pan, jak kamandzir, byŭ tak łaskawy abaranić nas ad tysiacz prykraściaŭ, jakija panskaja kamanda nam tut czynić — jany choczuć wyrywać padłohi, treści , rabawać nas.

Was ist das? — kryknuŭ parucznik na chieŭru, jakaja samawolna haspadarniczała, i, skoknuŭszy na siaredzinu pakoja z dastataj szablaj, paczaŭ biaźlitasna bić joju swaich żaŭnieraŭ.   — Weg [10]! — kryknuŭ jon, — Pack fort[11]  !

U imhnieńnie woka ŭ siazdzibie stała cicha, jak mak pasiejaŭszy, a parucznik, źniasileny i bledny, byccam jaho chtości wyciahnuŭ z mahiły na kanapu, i, zakryŭszy twar rukami, cicha zastahnaŭ :

— Ach! wie bin ich so unglücklich [12]!

I, zusim praćwierazieŭszy, jon znoŭ źwiarnuŭsia da staroha Lutomskaha.

— Heta daczka pana, szto tut była?

— Tak, — adkazaŭ jon i, żadajuczy pierawieści razmowu ŭ inszaje reczyszcza, skazaŭ: wialiki dziakuj za apieku, — i praciahnuŭ jamu ruku.

Witynhof, źmianiŭszysia da niepaznawalnaści, mocna i sutarhawa pacisnuŭ ruku staroha akanoma i, ustaŭszy i nakirawaŭszysia da dźwiarej, skazaŭ:

— Niachaj pan budzie spakojny, — skazaŭ jon, — tut niwodnaj szkody nie budzie. I wyjszaŭ.

Lutomski, wielmi zdziŭleny, pawiarnuŭsia, kab supakoić żanczyn. Jon radawaŭsia hetaj, zdawałasia b, czaroŭnaj pieramienie i spakoju, jaki daŭ jamu parucznik, ale, z inszaha boku, wydatna zdahadwaŭsia, szto byŭ abawiazany hetym, mahczyma, nieabdumanamu umiaszańniu daczki, pad czyimi czarami adbyłasia hetaja mietamarfoza. A moża, urażany padabienstwam dziaŭczyny da niejkaha wobraza, schawanaha hłyboka ŭ sercy niaszczasnaha wandroŭnaha rycara, jaki jon zaliwaŭ i tapiŭ ałkaholem, kab zabyć; a moża — chto wiedaje, u swaich paŭsonnych mrojach, apjanieły ad napoju i natchnialnaj harmonii, jon sprabawaŭ wyklikać i ŭznawić hety samy wobraz u swajoj ujawie. Dastatkowa skazać, szto ciszynia nieŭzabawie zapanawała nie tolki ŭ siadzibie, ale i pa ŭsim falwarku. Jaho padnaczalenyja dobra wiedali, szto z Niemcam , jak jany jaho nazywali, lepsz nie żartawać, bo nawuka charunżaha Radziwiła nie prajszła daremna.

Nieŭzabawie parucznik wiarnuŭsia. Jon cicha ŭwajszoŭ u pakoj i paczaŭ szyrokimi krokami chadzić; u pakoi nikoha nie było; użo nastaŭ wieczar i było ciomna, prynieśli światło, jamu padali wiaczeru. Witynhof chadziŭ uwieś czas; da poźniaj noczy czulisia jaho pastajannyja, miernyja kroki, i, nareszcie, usio ścichła.

Na nastupny dzień usia kamanda stajała cicha, spakojna i nawat u paradku na dziadzincy falwarku. Maŭkliwy parucznik wyjszaŭ na hanak u suprawadżeńni Lutomskaha i praciahnuŭ jamu ruku na raźwitańnie.

 — Bywajcie, panie, praszu prabaczeńnia za biesparadak; pakul ja tut budu, — skazaŭ jon, — pan moża być spakojny, i ja spadziajusia, — dadaŭ jaszcze, — szto pan dazwolić mnie kali-niebudź nawiedać was.

 Z hetymi słowami jon sieŭ na kania, i ŭwieś atrad ruszyŭ za bramy.

 Lutomski jaszcze stajaŭ i mocna zadumaŭsia; abiacańnie adwiedzin amal zasieła ŭ jaho pamiaci; jon lohka zdahadaŭsia, szto stała pryczynaj, i byŭ zusim nie zadawoleny. Paśla chwiliny rozdumu jon nareszcie nadzieŭ na haławu kapialusz, pacisnuŭ placzyma i nakirawaŭsia da haspadarczych pabudoŭ, kab ahledzieć paszkodżańni. Spaczatku jon pajszoŭ u stadołu, bo tam u jaho jaszcze zastawałasia paŭsłupa minułahodniaha nieabmałoczanaha żyta. Prysutnaść i naczleh niepażadanych haściej byli widawocznyja z pierszaha pohladu. Choć z tuzin snapoŭ było skradziena abo skormlena koniam, bo aŭsa ŭ rańnim żniwie hetaha hoda było niaszmat, akramia taho, snapki, raściahnutyja praz usiu stadołu, wyrazna świedczyli pra toje, szto na ich spali. Lutomski, żadajuczy staranna ahledzieć paszkodżańni, z ciażkaściu ŭźlez na wiarszyniu żyta, składzienaha ŭ słup, jaki, dareczy, byŭ nie wielmi wysoki; jon chacieŭ ubaczyć, kolki wyciahnuli znutry. Apynuŭszysia tam, jon ledź zrabiŭ niekalki krokaŭ, jak spyniŭsia aszałomleny — i praz chwilinu ŭ jaho wyrwaŭsia kryk:

— Chryste Panie! A heta, pryznajusia, niahodniki! Boh tolki pilnawaŭ nad nami!

Skazaŭszy heta, jon nachiliŭsia, kab sabrać niejkija pradmiety sa snapkoŭ i padniaŭ ich — heta byli karty i patuchłaja łojewaja świeczka.

Jak moh snop sałomy, siarod tysiaczy inszych wakoł jaho, wykarystoŭwacca zamiest padświecznika, kab jon nie zhareŭ i nie pahrażaŭ pażaram? — Pytańnie hetaje mahli raźwiazać chiba sami pjanyja żaŭniery, abo nawuczany tradycyjnym tajamnicam ahniu cyhan. Lutomski, nie zdoleŭszy akryjać ad swajho chwalawańnia, całkam uzbudżany, trymajuczy ŭ ruce corpus delicti [13], chutka pawiarnuŭsia dadomu. Adrazu ŭ pierszym pakoi jon sustreŭ swaju żonku i, pakazwajuczy joj świeczku i karty, uskliknuŭ:

— Hladzi! Woś szto ja znajszoŭ — u stadole.

— Dzie, dzie? Pakaży mnie, — spytała żonka.

— U stadole, na snapach — źwierchu! !

— Matka Najświaciejszaja! — zakryczała żanczyna, załamwajuczy ruki, jak zwyczajna. — A heta ż jeretyki! Heta cud — cud, szto nas nie spalili .

— Cud — nie cud, a Bożaja łaska i Jaho asabliwaja apieka — heta dakładna.

— A szto b jaszcze było, — skazała akanomawa, padkłaŭszy ruku pad padbarodak i kiŭnuŭszy, — kab kamandzir nie napałochaŭ hetuju chieŭru, barani Boża! Jon taki sumlenny czaławiek.

— Tak, wiadoma, — pramarmytaŭ Lutomski, machnuŭszy rukoj. — Heta niewialikaja suciaszeńnie, a moża, jaszcze horsz!

— Szto horsz? Kiń durnoje, Marcinku, szto ty każasz.   — O! Tak, tak! bo ty nie wiedajesz, czamu jon heta zrabiŭ.

— Nu, czamu?    — Hm, jon zrabiŭ heta biez pryczyny, prosta tamu, szto Kundzia trapiłasia jamu na woczy; heta ż pakarańnie Bożaje! I bolsz za toje, Niamczyszka abiacaje pryjechać.

 — Dy szto ty każasz, Marcinku?! Praŭda? — uskliknuła zacikaŭlenaja akanomawa.

 — I, niesumnienna, Masanie, heta praŭda, — niezadawolena adkazaŭ muż.

 — A jak jaho zawuć, moj darażeńki?

 — Kat wiedaje jaho tam — nibyta niejki baron Cicinkoŭ.

 — Baran , — duszaczka!! Aj, aj, aj! Ci moża heta być, kab jaho. Tak, heta praŭda, u nas jość pan Kazioł, i pan Szczuka, i pan Żaba, padkamory — ale Baran!? Nu, ja nikoli pra takoje raniej nie czuła.

—At, placiesz hłupstwa, sama nie wiedajesz szto, nie baran, a Cicinkaŭ — baron, heta znaczyć niby hatunak niamieckaha hrafa.

— Jezus Maryja! Hraf? A kali b jon chacieŭ ażanicca z naszaj Kundziaj, — heta było b nieszta...

— Woś tabie! — skazaŭ Lutomski. — niejki wałacuha, choć by i hraf, a moża, jon żanicca zadumaŭ — ale ż jeratyk!

— Nu, nu, — pramarmytała żonka sabie pad nos, sychodziaczy. — Hraf! Napeŭna, niejki bahaty czaławiek — woś kali b tak... nu!?

Dalejszyja mary sumlennaj akanomawaj lohka zdahadacca.

Praz niekalki dzion paśla apisanych wyszej padziej Witynhof zjawiŭsia na hanku Hrozaŭskaj siadziby adzin, tolki z adnym tolki koniucham — u czym jon prajawiŭ niemałuju adwahu, bo kali b trapiŭ u ruki kanfiederataŭ, jamu, biezumoŭna, było by niazruczna. Lutomski wietliwa, ale choładna prywitaŭ jaho. Kundzia chawałasia pa kutach, a akanomawa, choć i krychu napałochanaja i trywożnaja, dwuchsensoŭna ŭśmichałasia, była wielmi ażyŭlenaj i nadzwyczaj wietliwaj z hościem, szto nawat maŭkliwaha muża trochi niepakoiła. Witynhof taksama hawaryŭ nie bolsz, czym haspadar, tamu chałodny i cyrymanijalny wizit doŭżyŭsia niadoŭha. Parucznik adjechaŭ uwieczary. Padobnyja adwiedziny, adzin ci dwa razy na tydzień, byli pastajannymi, ale zaŭsiody adnolkawa chałodnymi i ni na krok nie nabliżali zbliżeńnie i ŭzajemny dawier pamiż hościem i chatnimi. Witynhof, choć u cełym i byŭ maŭkliwy, tym nie miensz kazaŭ pra wydatnyja stasunki i suwiazi swajoj siamji, pra majontak, jakim jon wałodaŭ u Liwonii — karaciej każuczy, nie było nijakich sumniewaŭ, szto jon farmalna zalacaŭsia da panienki, dajuczy ŭsie źwiestki pra siabie. Lutomski maŭczaŭ, ale byŭ widawoczna niezadawoleny. Jaho żonka ż znaczna surjoźniej stawiłasia da hościa — apynuŭszysia adna ci z daczkoj, jana była nie ŭ sabie ad radaści, pastajanna paŭtarajuczy sabie: «Hraf!»

I, baczaczy, jak Kundzia ŭciakaje ad kawalera, jak ad ahniu, jana sprabawała ŭsimi srodkami schilić jaje ; adnak joj heta zusim nie ŭdałosia, i jana ŭsio bolsz hublała ciarpieńnie.

— Dy szto z taboj, Kundzia? — skazała maci. — Ty zaŭsiody ŭciakajesz — heta niadobra, treba ż trochi pacieszyć hościa, takoha hodnaha kawalera! hraf — heta byŭ by los dla ciabie.

   — Boża barani, — zakryczała dziaŭczyna, — niejki niemiec, mianie heta pałochaje, pakińcie, maci, mianie ŭ spakoi — ot, pryjechaŭ, dy i pajdzie.

— Szto ty placiesz, pajedzie, jon ża sztoraz pryjazdżaje — taki bahaty! Mahnat, hraf, czujesz! Szto ż? Chiba lepsz było b tabie wyjści zamuż za jakoha-niebudź pisara ci biednaha niahodnika, ci szto? Dy kiń ża hetyja sceny rabić, supakojsia!

— Zlitujciesia, źlitujciesia, maci, — narakała daczka, całujuczy ruki, amal sa ślaźmi, — jon by zawioz mianie na kraj świetu, — i taki straszny, o! Boża barani!

Pakul los panny Kuniehundy ważyŭsia ŭ Hrozaŭcy, a Witynhof, prykidwajuczysia chworym, pakinuŭ swajo kamandawańnie i pasialiŭsia ŭ Słucku, zredku nawiedwajuczy Lutomskich, naszy kanfiederaty tym czasam, prawioŭszy niekalki dzion u Nieharełaj u Baroŭskaha, paśpiachowa dabralisia da łahiera. Tut Szyc nieŭzabawie adprawiŭsia ŭ farsirawany marsz, kab znoŭ abjadnać swoj niewialiki atrad z Kazimiram Pułaskim.

Kanfiederacyja dasiahała swajoj kulminacyi. Amal usie prawincyjnyja marszałki, sabraŭszysia ŭ Hlinianach i Biełaj na silezskaj miaży, utwaryli tak zwany Hienieralitet, zrabiŭszy jaho hałoŭnaj stalicaj Cieszyn i pryznaczyŭszy Krasinskaha karonnym hienieralnym marszałkam, Patockaha — rehimientaram, a pana starastu Ziołaŭskaha pryznaczyli litoŭskim marszałkam.

Paszkoŭski, choć i pastajanna pracawaŭ i byŭ pahrużany ŭ wajennuju mituśniu, tym nie miensz tużyŭ pa takich dalokich ziemlach, da jakich jaho serca ciahnuła ŭsioj siłaj junackaj prychilnaści. Tamu, kali Pułaski adprawiŭ Szymona Kasakoŭskaha ŭ Litwu, toj dałuczyŭsia da jaho atrada razam z Barejszaj. Kasakoŭski paśpiachowa prabiŭsia, dajszoŭszy nawat da Kurlandyi, paszyrajuczy kanfiederatyŭny ruch paŭsiul. Amal paŭhoda prajszło ŭ padziejach, jakija my tut koratka apisali, bo ŭżo wiasnoj 1770 hoda hienieralitet abwiaściŭ manifiest ab detranizacyi Stanisława Aŭhusta, jaki, adnak, byŭ dastaŭleny karalu ŭ zamak tolki wosieńniu adważnym Strawinskim.

Dabraŭszysia da Litwy, Kaniuszycz mieŭ mahczymaść nie raz nawiedać Hrozaŭku. Stary Lutomski i maładaja panienka zaŭsiody ciopła prymali jaho; tolki maci, adczuwajuczy ŭ im kankurenta, jaki psuje sprawy Witynhofa, choć i niczoha nie kazała, niejak nie była wielmi zadawolenaja. Bolsz za toje, hetyja adwiedziny zaŭsiody byli karotkimi, mimachodź, i Paszkoŭski nawat nie moh hawaryć pra swaje dumki ci płany, uliczwajuczy akalicznaści i padziei wajny. U hety czas zdaryłasia adna recz, jakaja jaho wielmi zasmuciła. Jon niczoha nie wiedaŭ pra Witynhofa, ale adnojczy, nawiedwajuczy swajho baćku, staroha Bresckaha kaniuszaha , jon chacieŭ dawiedacca pra jaho buduczyja płany i jaho mierkawańnie. Jon zhadaŭ, szto, kali daść Boh, kali situacyja ŭ krainie supakoicca, jon chacieŭ by ażanicca, bo mocna pakachaŭ IMPannu Lutomskuju. Nieczakana stary kaniuszy niewierahodna aburyŭsia hetym prajektam.   — I szto heta? — uskliknuŭ jon. — Waszmość dumajesz pra szlub, kali Recz paspalitaja ŭ połymi?

  — Ale ja, — pakorliwa skazaŭ syn, — nie dumaju pra szlub zaraz, a paźniej...

  — Paźniej, — praciahnuŭ stary, — nie zaŭtra. Akramia taho, choć ja sam biedny i nie dam tabie bahaćcia, ja daŭ tabie imia, i majesz pierad taboj łasku kniazia-wajawody, i ty możasz, kali wyraszysz dobra pakirawać swoj los, siahnuć wyszej , czym niejkaja akanomskaja dzieŭka. Hm, Lutomski! heta niejki advena [14]. — Nie zabywaj, szto ciabie zawuć Lanckaronski Zadora z Bżezia Paszkoŭski, szto nasz dom źwiazany z najbolsz wiadomymi siemjami ŭ Karonie i Litwie, i szto nijaki paroh nie zjaŭlajecca zanadta wysokim dla hetaha imia, kali ty budziesz nasić jaho sa szlachietnaj sumlennaściu.

Paśla takoj kateharycznaj i enierhicznaj zaŭwahi, jakuju nasz junak wysłuchaŭ wielmi ŭważliwa i ciarpliwa, i, wiedajuczy baćku, wiedaŭ, szto z im niemahczyma wieści dyskusii, jon zmoŭk. Bo, z inszaha boku, jon sam wiedaŭ serca baćki i spadziawaŭsia, szto kali minie pierszapaczatkowy paryŭ i czas pryzwyczaić staroha da hetaj dumki, jon pacichu moża dać siabie ŭhawaryć — bo ŭ hety momant niczoha terminowaha nie było.

Nieŭzabawie paśla hetaj spreczki z baćkam małady Paszkoŭski znoŭ prajazdżaŭ praz Hrozaŭku. Maci panienki sustreła jaho, jak i raniej, z czasoŭ wizitaŭ Witynhhofa, niejak kisła i nieachwotna. Ubaczyŭszy heta, Kaniuszycz, apynuŭszysia na chwilinu sam-nasam z Kundziaj, sumna skazaŭ:

— Ja szczyra nie wiedaju, czamu mama Pani tak niezadawolenaja mnoj

— Pan tolki zaraz zaŭważyŭ? — pawolna spytała panienka, kałupajuczy niejki listok.

— Nasamrecz, nie siońnia, i ja sapraŭdy nie razumieju, szto ja zrabiŭ drennaha; jana była takaja dobraja da mianie raniej.

— Mnie zdajecca, pan lohka moża zdahadacca.

— Pra szto? Ja niczoha nie wiedaju.

— Jak heta? U reszcie reszt...

— Szto? Zlitujciesia nada mnoj.

— Heta biezumoŭna, — skazała panienka, trochi zawahaŭszysia i paczyrwanieŭszy, niesumnienna, praz taho aficera.

— Jakoha aficera? — chutka pierapyniŭ jaje Kaniuszycz.

— Taho żachliwaha niemca, jaki tak czasta siudy jezdzić.

— Jakoha niemca, darahaja panna Kuniehunda, — zakryczaŭ Paszkoŭski, uskoczyŭszy i ciopła pacaławaŭszy jaje zusim biezabaronnuju ruku, — skaży mnie, pani, jakoha niemca, ci jon damahajecca pani?

— O! — Tak, padobna — cicha adkazała Kundzia i zmoŭkła, i dźwie ślozy, bahatyja i prazrystyja, pakacilisia pa jaje świeżym twary.

— Darahaja panna Kuniehunda, — skazaŭ Paszkoŭski, nie adpuskajuczy kachanaj ruki! O, hetyja ślozy — dziakuj — ja zaniasu ich pamiać u mahiłu. Ale toj niemiec — toj niahodnik — aficer, jak jaho zawuć? Chto jon?     — Ja dumała, szto pan wiedaje pra heta, — skazała Kundzia, praz chwilinu ŭźniaŭszy swaje wialikija sapfirawyja woczy, usypanyja dyjamientami na wiejkach i ŭsio jaszcze źnikajuczyja ŭ aposznich ślazach. — Hetaha niemca zawuć baron Witynhof.

— Witynhof, — zdziŭlena paŭtaryŭ Kaniuszycz, — tut? a... dyk pabaczymsia.

 — O, panie Karal! — uskliknuła Kundzia, schapiŭszy jaho za ruku, — źlitujciesia, panie, tolki niczoha...

 U hety momant na parozie ŭżo paczulisia ciażkija kroki i tupat pani Lutomskaj; maładaja para adyszła adno ad adnaho — razmowa pierapyniłasia.

 Ad adnoj dumki pra hetuju nieczakanuju nawinu kroŭ pryliła da haławy Kaniuszycza; jon wyraszyŭ chacia b hetuju pieraszkodu likwidawać, tym bolsz szto mienawita z hetym samym Witynhofam — Kryżakom, jak jon jaho nazywaŭ, — u jaho byŭ jaszcze daŭni rachunak. Uważliwa abdumaŭszy hetaje pytańnie, jon wyraszyŭ dziejniczać, ale nikomu ŭ Hrozaŭcy nie raskrywać swaich płanaŭ, abapirajuczysia ŭ pierszuju czarhu na dapamohu swaich kaleh.

Nieŭzabawie, raźwitaŭszysia z Lutomskimi, jon z lichamankawaj paśpieszliwaściu adprawiŭsia ŭ łahier.

Padrazdzialeńnie Kasakoŭskaha, raźmieszczanaje ŭ niewialikim miasteczku za paŭtary mili adtul, mahło z dnia na dzień pierabracca ŭ dalejszyja rajony, tamu czasu na marnawańnie nie było. Paszkoŭski, pahłynuty ŭ tysiaczy swaich prajektaŭ, paśla niezwyczajnaha adchileńnia ad kursu nieŭzabawie apynuŭsia ŭ swajoj żaŭnierskaj kwatery, jakuju jon zaniaŭ razam z Barejszaj. Jany nie razłuczalisia z taho czasu, jak pakinuli Biełuju; bo parucznik Barejsza byŭ jaho adzinym tawaryszam, da papojki i da bojki, asabliwa da aposzniaj, za swajho siabra Kaniuszycza, da jakoha, choć i znaczna starejszy, jon mocna prywiazaŭsia — jaho nie treba było doŭha ŭhaworwać. Paszkoŭski taksama raźliczwaŭ na jaho, napeŭna wiedajuczy, szto toj nie padwiadzie. Ale sumlenny Parucznik, majstar kielicha i miacza, byŭ kiepskim daradczykam, i sam dobra heta wiedaŭ pra siabie; zreszty, u jaho byŭ załaty humor i nieacennaje serca, jon nie moh doŭha ni pra szto turbawacca, jeŭ za czatyroch — spaŭ, aby ŭ jaho była burka i siadło pad haławoj, badaj szto ceły dzień, i wyhladaŭ jon jak zubr, z niezwyczajnaj siłaj i hierkulesawaj postaćciu.

Użo wieczareła, kali pryjechaŭ Paszkoŭski, zastaŭ jon parucznika nad miskaj krupniku, a dawoli salidnaja butla wina, jaszcze niekranutaja, czakała swajoj czarhi.

— O! — uskliknuŭ Barejsza, padniaŭszy haławu i wycierszy ablezłyja wusy, kali zaŭważyŭ Kaniuszycza. — nie czakaŭ Waszmość tak rana , — siadaj ża. Krupnik, skażu tabie, dalikates! — Ale szto... Kali ja nacisnuŭ na Abramka, jon daŭ mnie takoha ​​wienhierskaha, szto skażu tabie, choć dla wajawody! Nu, szto z taboj? — praciahnuŭ jon, baczaczy, szto Paszkoŭski, skinuŭszy kanfiederatku i ściahnuŭszy toŭstyja palczatki, tolki zadychaŭsia, ale niczoha nie skazaŭ.

— Dyk szto ż? nu dawaj, ja ŭżo baczu, szto ŭ ciabie nieszta pad rebrami siadzić.    — Oj! siadzić, — badziora adkazaŭ Kaniuszycz, nareszcie kinuŭszy palczatki na stoł. — Ja ŭłasna śpiaszaŭsia, bo nam treba paraicca.

 — Paradu choczasz? — praciahnuŭ Barejsza, — dyk woś, bratka, każu tabie, ty ż wydatna wiedajesz, szto niama sensu źwiartacca da mianie z hetaj nahody, cha-cha! — zaśmiajaŭsia jon, — lepszaja rada, jakaja ŭ mianie jość — szabla-aŭhustoŭka.

 — Widać, i świeczka mnie nie spatrebicca.

— Tak?! Nu, wydatna, pra szto haworka? Ale paczakaj, spaczatku siadź i pajesz, potym my abawiazkowa dojdziem da taho wienhierskaha, i, każu tabie , hetaja biestyja razmażacca pa czaraczcy, jak alej — o! A potym my ŭsio raźbiarem, padumajem i parazważajem.

— Dziakuj, nie budu jeści, pasłuchaj, parucznik...

— Ale paczakaj, paczakaj, ja nie chaczu słuchać, bo z haładuchi i na suchuju heta nawat sabaku niepatrebna — jesz, każu tabie , a kali nie choczasz, to spaczatku wypjem, ingenium [15]prychodzić tolki za czarkaj .

Jany sieli, Barejsza naliŭ czarki, hłynuŭ swaju, pahladzieŭ na jaje suprać światła, aściarożna pastawiŭ na stoł — i ablizaŭ abodwa baki wusoŭ.

— Nu, szto takoje? — spytaŭ jon.

— Zdaryłasia toje, — lichamankawa paczaŭ Paszkoŭski, — szto da majoj panienki najazdżaje kankurent...

— Szto? Woś tabie! Tamu szto, każu tabie , hetyja kabiety, to niachaj ich...

— Ale paczakaj.

— Nu, nu, ja czakaju, — skazaŭ Barejsza i zrabiŭ hłytok sa szklanki.

— Panienka jaho nie chocza ...

— Hladzi ty?! Nu, heta dobra, wielmi dobra.

— Dobra, ale maci ciahniecca da jaho; z-za hetaha mianie zusim nieachwotna prymaje.

— O! Heta drenna — wielmi drenna — bo ja ż każu tabie, z hetymi kabietami...

— Paczakaj ża!

— Czakaju, czakaju.

— Nu, mnie treba pazbawicca ad hetaha kankurenta.

— O! O! Wydatnaja ideja!

— Bo ty ż pawinien wiedać — i heta asabliwy wypadak! Zdahadajsia, chto jon?

— Czort jaho wiedaje! Ty ż dobra wiedajesz majo serca, da zahadak, dyk u mianie niejak niama talentu — nu, chto ż heta?

— Witynhof, ujawi sabie.

— Jaki Witynhof, ja niwodnaha nie wiedaju.

— A toj, pra jakoha ja tabie kazaŭ, z Byszeŭskaha pałka, jaki streliŭ mnie ŭ nahu, kali ja iszoŭ da Boćkaŭ.

— Hety — niemiec?! Padawaj mnie jaho, padawaj!

— Nu, sprawa ŭ tym, szto my pawinny jaho zławić. Jon żywie ŭ Słucku, jon użo nie na służbie , ja wiedaju, jon jezdzić u Hrozaŭku kożnyja niekalki dzion. Treba nieszta prydumać.

— Szto tut dumać, każu tabie, idzi, wyklikaj jaho na dwuboj, i kwita.

— My nie możam addalacca daloka ad sztaba ŭ Słucku.

— Hm, heta praŭda, nu, zławi jaho ŭ Hrozaŭcy ci dzie-niebudź kala majontka.    — Nu, kali b my wiedali, kali jon tam budzie, ja dumaju, lepsz było b pastawić kaho-niebudź na wartu kala toj maleńkaj karczomki, jak jana nazywajecca, nowaj, na skryżawańni.

 — Pahulanka? — spytaŭ Barejsza.

 — Ale — Pahulanka. Kali b niechta stajaŭ tam, naziraŭ za im i pawiedamiŭ nam, my mahli b taksama pajechać u Hrozaŭku, a potym, wyjechaŭszy z wizitam razam, astatniaje b samo saboj abyszłosia.

 — A szto! — zakryczaŭ Barejsza. — Ty pytajeszsia ŭ mianie parady... mnie b nawat u haławu nie pryjszło, ale dobra, tolki kaho pastawić.

— Nu, u hetym i sens, paraj mnie, ja nie wiedaju kaho.

 — Hm, — pramarmytaŭ Barejsza, — chiba ja sam.

 — At, hłupstwa, ty pajedziesz sa mnoj u Hrozaŭku.

— Hm, praŭda, ale wiedajesz szto, każu tabie , niachaj jedzie moj koniuch Ihnat, sprytny chłopiec, jon pieraapraniecca ŭ sielanina, nichto jaho nie paznaje — jon pastawić kania kala karczmy.

— I napjecca ŭszczent.

— Ale nie, daliboh nie — ja b jamu zrabiŭ nahaniaj— jon budzie bajacca.

— Niachaj tak i budzie, — skazaŭ Paszkoŭski, — woś baczysz, każasz, szto nie ŭmiejesz raić, a heta ŭsio ż parada.

— Aj, heta prosta supadzieńnie. Nu, i dobra, ciapier pi, zaŭtra ranicaj Ihnat pojdzie na swoj post, i, moża, jon budzie tam u hety ż dzień.

— I biez sumniewu, — adkazaŭ Paszkoŭski, bo niemiec użo niekalki dzion nie byŭ u Lutomskich.

— Tandem, nasz dobry! — uskliknuŭ Barejsza. — Cha-cha! My sprawilisia, bo, każu tabie, vexatio dabit intellectum wyprabawańni dajuć rozum , my absiaczem niemca, jak należyć, szto nawat za ruski miesiac nie aczuniaje. Daj mnie tolki pahulać z im, ja jamu dahadżu.

— O, nie, ty budziesz maim siekundantam, heta maja sprawa.

— Nu, majesz racyju, Waszmość, praŭda vocem decisivam[16] ale bo, każu tabie, u mianie taki apietyt ad waszych stasunkaŭ z hetym niemcam, szto ŭ mianie ruka świarbić; bo ŭsie jany, hetyja niemcy-prusaki — kupka niahodnikaŭ, woś adzin tolki, praŭda, nasz kachany Szyc, jon śmieły czaławiek, niama czaho kazać, choć jon i niemiec, ale heta asabliwaje wykluczeńnie.

— Ale jaki niemiec, — pierapyniŭ Paszkoŭski, — Szyc, jon ża wienhier?

— Nu! Chiba wienhier nie niemiec?

— Aŭżo ż, wienhier — heta wienhier.

— At! nie braszy, Waspan, ci ja heta nie wiedaju? U reszcie reszt, jany ż adzin narod! Jon tak pa-polsku razmaŭlaje, szto prosta żywot nadarwiesz, a Aspan każa, szto jon nie niemiec.

Kali parucznik skonczyŭ hety aposzni arhumient, jaho kalehi paczali źbiracca. Tamu razmowa abarwałasia, kab zachawać sakret.

Na nastupnuju ranicu Ihnata wysłali, Barejsza i Kaniuszycz, asiadłaŭszy koniej, nieciarpliwa czakali, ale czakańnie doŭżyłasia niadoŭha, bo kala poŭdnia prybieh czaławiek z wiestkaj, szto baczyŭ Witynhofa, jaki jechaŭ u Hrozaŭku.     Musim dadać, szto baron, choć nibyta ŭżo i nie byŭ na służbie, wiedaŭ pra błukajuczyja wojski kanfiederacyi, choć i cicha siadzieŭ u Słucku, ale nie byŭ rady z imi sustrecca. Szalonaja straść hnała jaho ŭ Hrozaŭku kożnyja niekalki dzion, i kożny raz jon wyraszaŭ zrabić prapanowu i nareszcie pakłaści kaniec niawyznaczanaści, jakaja muczyła i biaźlitasna piakła jaho. Szto, kali ja atrymaju admoŭny adkaz, dumaŭ jon pra siabie — pra szto jon i mierkawaŭ hledziaczy na pawodziny dziaŭczyny, — ja nawat nie zmahu jaje ŭbaczyć, i jon nawat nie moh ujawić żyćcia biez jaje wyhladu. Tamu jon żadaŭ lepsz muczyć siabie, żyć u marach i pakutach — addawaŭ pierawahu iluzijam. I tak, dzień za dniom, prajszoŭ amal hod, i kożny raz, kali jon pryjazdżaŭ u Hrozaŭku, jon tolki hladzieŭ, nasyczaŭsia badaj adnym jaje pozirkam, i słowy zamirali ŭ jaho na wusnach. Wiarnuŭszysia, jon kidaŭsia na łożak i lażaŭ tam hadzinami, wyklikajuczy ŭ haławie wobraz, jaki tolki szto baczyŭ. I dziŭna! Jon baczyŭ jaje niekalki hadzin tamu, i ŭjaŭleńnie admaŭlała jamu ŭ pasłuhach. Czasam, na imhnieńnie, jon pryżmuryŭsia, i pierad im milhała tumannaja postać dziaŭczyny, i — chutka, jak małanka, cudoŭnaje widowiszcza źnikła. ​​Witynhof pierastaŭ pić, staŭ jaszcze chudziejszym, czym raniej, zmorszczyŭsia, jak doszka, jaho woczy tolki czas ad czasu pałali niezwyczajnym ahniom.

Jon wybraŭsia, jak zwyczajna, adzin u Hrozaŭku ; stary sustreŭ jaho maŭkliwym prywitańniem, haspadynia zaniałasia pryjomam hościa, a maładaja panienka, jak zwyczajna, schawałasia ŭ kutku, pakul jaje nie paklikała maci i nie prymusiła padyści da stała. Siońniaszniaja razmowa była jaszcze bolsz słabaj, czym zwyczajna, kali haspadar, wyzirnuŭszy ŭ akno, skazaŭ, pawiarnuŭszysia da hościa:

— Wybacz, Waszmość, ale ja baczu, szto Pan Boh daŭ nam haściej, jakija tolki szto prybyli. Ja muszu wyjści ich pawitać.

Treba wiedać, szto ŭ tyja czasy nawat u domie samoha wilenskaha wajawody, jak i ŭ domie, badaj, kożnaha najwialikszaha mahnata i sienatara, kamierdynier nie abwiaszczaŭ i nie witaŭ hościa, jak heta było zwyczajna ŭ tych niemcaŭ i chitrunoŭ, jakija lwoŭ, małpaŭ, tyhraŭ i inszych zamorskich źwiaroŭ za try hroszy pakazwajuć cikaŭnaj czerni; ale pawodle starażytnaha zwyczaju haspadar, niachaj heta budzie najmienszy szlachcic ci sanoŭnik reczy paspalitaj, asabista wychodziŭ witać swajho hościa z hanka; niewykanańnie hetaha liczyłasia b niepawahaj da prybyłaha. Choć, szczyra każuczy, mahczyma, hety nowy zwyczaj nie pazbaŭleny peŭnaj racyi— bo stolki ludziej roznaha kalibra i pachodżańnia ciapier tak toŭpiłasia, szto, niahledziaczy na ​​ŭsiu haścinnaść, zusim nie warta wychodzić nasustracz stolkim prybyłym, i szlachcic z radaściu daŭ by consilium abeundi[17] z ułasnaha doma nie adnamu niepażadanamu hościu.

Dyk woś, Lutomski wyjszaŭ, a baron, padyszoŭszy da akna, stajaŭ, jak zastyły; jon nie wiedaŭ Barejszy, ale Kaniuszycza dobra pamiataŭ, serca jaho biłasia, niby ad pradczuwańnia; adnak, strymaŭszy chwilinnaje chwalawańnie, jon spakojna paczaŭ prachodzić.     Paszkoŭski wiedaŭ, kaho maje pawitać, tamu śmieła ŭwajszoŭ u pakoj, z uźniatym twaram i źlohku iranicznaj ŭśmieszkaj. Jany pakłanilisia adzin adnamu, i haspadar, niczoha nie padazrajuczy, pradstawiŭ ich adzin adnamu. Paszkoŭski, niby na tlejuczym wuholli, czakaŭ zrucznaha momantu, kab sustrecca z baronam u adsutnaść haspadaroŭ; jon nie chacieŭ sprawakawać nijakich prablem u domie Lutomskich. Tym czasam Kundzia, imhnienna zrazumieŭszy situacyju, niczoha nie ŭ stanie zrabić, napałochanaja i nie baczaczy wyjścia, upała na kaleni ŭ kutku i, cicha i biazhuczna płaczuczy, paczała malicca.

U pierszym pakoi razmowa była ahulnaj, zdawałasia b, abyjakawaj, i nawat prykmietna pierawiedzienaj u wiasiołaje reczyszcza nowymi haściami. Adnak, jak tolki haspadynia syszła, i stary Lutomski taksama wyjszaŭ z pakoja, kab zrabić niekatoryja paradki, Paszkoŭski ruszyŭ da Witynhofa. Baron, adnak, nie dazwalajuczy jamu raskryć rot, hetak ża chutka ruszyŭ napierad i skazaŭ:

— Kali my baczylisia z panam aposzni raz, byŭ wymuszany pakinuć pole. Pan byŭ uzbrojeny, a ja byŭ biezabaronny...

— Tak, — pierabiŭ jaho pan Karal, uśmichajuczysia, — pan ŭciok, ale stralaŭ u mianie, jak u alenia — zusim nie pa-szlachiecku.

— Mienawita tak, — skazaŭ Witynhof, — ja chacieŭ sustrecca z panam, kab dać jamu satysfakcyju, choć ja tolki wykonwaŭ tam swoj wajskowy abawiazak.

— Nie wiedaju, — zdziekliwa pierapyniŭ Kaniuszycz, — ci heta abawiazak aficera — uciakać, ci napadać na darohach...

— Niama sensu spraczacca, — kisła skazaŭ baron. — My chutka raźwitajemsia z haspadarom i zmożam wyraszyć hetuju sprawu; dla hetaha jość wielmi dobraje miesca za sadam, u biarozawym hai.

— Da waszych pasłuhaŭ, — adkazaŭ Paszkoŭski, — ale Waszmość nie maje siekundanta.

— Mnie jon nie patrebny, — skazaŭ Witynhof, pahardliwa machnuŭszy rukoj. — Heta nie pierszy dwuboj, jaki ja wiadu biez siekundantaŭ.

Amal u kancy hetaj razmowy prybyła haspadynia, nieŭzabawie za joj i Lutomski, a kali padali wiaczernija zakuski, panna Kuniehunda, blednaja i maŭkliwaja, praśliznuła, jak cień. Razmowa była mlawaj i pastajanna pierarywałasia; amal kożny prysutny mieŭ nieszta na sercy, szto ich turbawała, pastajanna adciahwała, i jany nie mahli pra heta hawaryć. Tamu wielmi chutka hości razam raźwitalisia z haspadarami i razam wyjechali.

Jak tolki jany zajszli za bramu, jany nakirawalisia naprawa, da biarozawaha haju — tam jany źleźli z koniej. Paszkoŭski cicha skazaŭ niekalki słoŭ Barejszu, jaki, padyszoŭszy da barona, skazaŭ:

— Mnie zdajecca, szto sa zbroi nam warta wybrać szabli, bo streły z pistaleta mohuć wyklikać strach na falwarku; lepsz rabić heta cicha.

— Dobra, — adkazaŭ Witynhof i adrazu paczaŭ skidać kuntusz i żupan.

Paszkoŭski zrabiŭ toje ż samaje, dastaŭ szabli, i ŭ imhnieńnie woka jany syszlisia.  Adnak pry pierszych udarach Barejsza lohka zaŭważyŭ, szto pierawaha wialikaha majsterstwa ŭ spałuczeńni z amal roŭnaj siłaj, zdawałasia, była na baku barona, bo toj dziŭna ŭmieŭ zachoŭwać spakoj, kali ruka Kaniuszycza miżwoli dryżała. Pa miery taho, jak baraćba praciahwałasia, Paszkoŭski ŭsio bolsz razharaŭsia, a baron zaŭsiody zachoŭwaŭ takuju ​​ż spakoj; zdawałasia, jon abaraniaŭsia, pakul Paszkoŭski atakawaŭ usio bolsz luta — pakul, nareszcie, skarystaŭszysia mahczymaściu i nieabdumanym raskryćciom supiernika, nie nanios jamu adzin udar u haławu, nastolki mocny, szto Kaniuszycz, pachisnuŭszysia na nahach i wypuściŭszy szablu, amal nieżywy ŭpaŭ na ziamlu. Piersz czym Barejsza ahledzieŭsia, ratujuczy padajuczaha Karala, Witynhof, schapiŭszy wopratku, uskoczyŭ na kania i źnik u wiaczerniaj ciemry.

 Kaniuszycz lażaŭ biez prytomnaści, z rany mocna saczyłasia kroŭ. Barejsza, chutka abmataŭszy jamu haławu, pabieh na falwarak. Trywoha ŭzmaćniłasia, prybiehli żanczyny, Lutomski i prydwornyja — paranienaha, jaki, adnak, nie padawaŭ prykmiet żyćcia, adnieśli ŭ majontak.

  1. Maja wina, maja wina
  2. pamyłka
  3. miesca
  4. śmiarotny wypadak
  5. czystaj wiery
  6. prosta
  7. Klemiens Branicki, szwahier karala.
  8. adrazu ż
  9. czort pabiary
  10. Precz
  11. Zbirajciesia i sychodźcie
  12. Jaki ż ja niaszczasny
  13. skład złaczynstwa
  14. zamieżnik
  15. hienijalnaść
  16. raszajuczy hołas
  17. paradu syści