Brescki kaniuszycz/I
| ← Brescki kaniuszycz | Brescki kaniuszycz Аўтар: Каятан Крашэўскі 1875 (пераклад 2026) Арыгінальная назва: Koniuszyc Brzeski Пераклад: Nejrust |
II → |
Pra kniazia Karala Radziwiła, Panie Kachanku, stolki ŭżo ludzi napisali, stolki raspawiali, a jaszcze bolsz aniekdotaŭ pra jaho skłali, szto, zdajecca, hetaja cikawaja postać daskanała i ŭsiebakowa wywuczanaja i zrazumiełaja. Tym czasam recz zusim adwarotnaja; da siońniaszniaha dnia roznyja aŭtary i surjoznyja daśledczyki pa-roznamu aceńwajuć jaho, i bolsz za toje, mnohija, nawat abapirajuczysia na adnabakowyja mierkawańni niekatorych suczasnych aŭtaraŭ, jakija waroża stawilisia da kniazia-wajawody, liczać jaho hanarliwym niewukam abo hrubijanam. Nawat nie prytrymliwajuczysia staroj prykazki: de mortuis aut bene, aut nihil[1], bo pawodle siońniaszniaha nowaha sposabu baczańnia świetu nawat hetaja wysakarodnaja prykazka ŭżo znachodzić praciŭnikaŭ. Nawat kali b, skażam, my taksama nie prytrymliwalisia hetaj prykazki — było b dobra dadać chacia b słowa ŭ abaronu praŭdy i dobraj reputacyi hetaha czaławieka. Na szczaście, my ŭsio ż asabista wiedali ludziej, jakija nawat byli ŭ blizkich stasunkach z kniaziem-wajawodaj, i można śmieła skazać, szto tyja z naszych suczaśnikaŭ, jakija pradstaŭlajuć kniazia-wajawodu ŭ drennym światle, rabili heta z niadobraj woli i niepryjaźni, a tyja, chto paŭtaraje hetuju dumku siońnia, natrapili na drennyja krynicy i nie czerpali z żywoj tradycyi.
Kali nawat kniaź Radziwił i byŭ kaliści hanarliwym, to ŭ jaho, biezumoŭna, byli na toje padstawy. Uspomnim, szto ŭ toj czas pany z histarycznymi i znakamitymi imionami, siarod jakich byŭ i wajawoda, dobra ŭświedamlali znaczeńnie swajho proźwiszcza; jany wiedali, szto jano należyć nie im, a narodu; uspomnim, szto siamiejnyja tradycyi, jak siarod szlachty, tak i siarod panoŭ, u toj czas byli ŭ najwyszejszaj paszanie. Takim czynam, kniaź Radziwił moh hanarycca swaim imiem, ale jon moh taksama hanarycca sapraŭdy kałasalnym bahaćciem, jakoje ŭ tyja czasy, niahledziaczy na jaho wiadomuju szczodraść, prynosiła bolsz za 40 miljonaŭ złotych sztohadowaha dachodu. Rastłumaczym, szto jon moh hanarycca nie samim hetym bahaćciem, bo wałodaŭ im pa prawie naradżeńnia, a srodkami, jakija jano dawała na karyść kraju i suhramadzianaŭ, i, takim czynam, uładaj, jakuju jano dawała jamu praz padziaki za szczodraść i dapamohu, a taksama praz luboŭ usioj litoŭskaj szlachty. Jon sapraŭdy karalawaŭ na Litwie, i jon mieŭ czastkowa racyju, kali adnojczy skazaŭ: «Karol sabie— karalom u Warszawie, a ja, Panie Kachanku, u Niaświży»; z hetaj metaj na miascowaj bramie byŭ taksama źmieszczany nadpis: Restauratum anno Domini 1788 Dominantę principe Carolo II. Toje, szto jon nie byŭ niewukam, jak chacieli b jaho pakazać niekatoryja aŭtary, pakidajuczy ŭ baku tysiaczy wiadomych nam wusnych padańniaŭ, najlepsz świedczać jaho listy z maładości da baćkoŭ, znojdzienyja ŭ archiwach Niaświża. U hetych listach, akramia niekalkich moŭ, na jakich jany napisany, my sustrakajem świedczańni pra jaho adukacyju. Padziei taho czasu, dobraachwotnyja wandroŭki kniazia, dawiedzienyja da zawiarszeńnia tolki jaho pastajannaj i niepachisnaj raszuczaściu da kanca trymacca adnojczy pryniataha raszeńnia i sprawy, dastatkowa świedczać pra jaho żalezny charaktar.
Miljony, jakimi jon sypaŭ u tyja dni pro publico bono[2], zjaŭlajucca biassprecznym i krasamoŭnym świedczańniem jaho szczodraści. Kniaź wajawoda taksama nie mieŭ niedachopu ŭ siabrach i wiernych słuhach, i jon wiedaŭ, jak uznaharodżwać i padtrymliwać ich sapraŭdy pa-Radziwiłaŭsku. Miascowyja wypadki i mnostwa ludziej u kniażym asiarodździ, a taksama ich uzajemnyja stasunki, czasta zależnyja ad jaho ŭpływu, czasta rabili kniazia wajawodu sapraŭdnym, można skazać, ramanistam u dziejańni.
My majem namier raskazać adzin taki wypadak; nam zusim nie treba jaho wydumlać — sam wypadak, a taksama ludzi i detali, praŭdziwyja i wykluczna histarycznyja. Hetaja historyja była daniesiena da nas wusnami, jakija kaliści, i jaszcze nie adnojczy, pili z adnaho kubka z kniaziem wajawodam — i jakija ŭmieli apawiadać. Na żal — kudy siońnia padzieŭsia toj nieparaŭnalny talent, z jakim naszy starażyły ŭmieli raskazwać historyi? — chto moża tak hawaryć siońnia, kali ŭ nas ich niama? Pasprabujem, nawat swaim niaŭkludnym piarom, zachawać ich historyi ad zabyćcia, kali zmożam. Z hetaj metaj my pradstaŭlajem tut apowied pra znakamituju załatuju karetu Radziwiła, jakaja wyraszyła los Bresckaha kaniuszycza i jaho siamji.
Ramanaŭ 20. listapada 1874 h.
Użo niekalki miesiacaŭ, pad uzdziejańniem miascowych padziej, kniaź Karal Radziwił, Panie Kachanku, bawiŭ czas u zamku Biełaja; a było heta ŭ 1769 hodzie. Kanfiederacyja, stworanaja ŭ Bary starastam Wareckim i padkamoryjem Rużanskim, liczyła siabie ŭ peŭnym sensie adnoŭlenaj Radamskaj kanfiederacyjaj, eo ipso[3] pryznawała kniazia Karala swaim ciapierasznim marszałam — pa hetaj pryczynie, choć kniaź u toj czas byŭ u krai i byŭ swabodny, jon, tak by mowić, znachodziŭsia ŭ Biełaj pad achowaj , jakaja pastajanna saczyła za im; i pałac, niahledziaczy na jaho prysutnaść, nie wyhladaŭ wielmi ażyŭlenym. Nie było ni balaŭ, ni wystaŭ, ni zabaŭ; dwor, choć i dawoli szmatliki, składaŭ tolki niewialikuju czastku zwyczajnaj świty kniazia ŭ Niaświży. Z hałoŭnych asob składali jaho: dworny marszałak, IMPan Michał Klimaszeŭski; prydwornyja Juzaf Kaminski i Michał Skirmunt; IMPan Tomasz Wieczarynski, prydworny sakratar kniazia, bo IMPan Mikuć u toj czas znachodziŭsia ŭ Niaświży; i Bukoŭski, harderobszczyk. Z niżejszych czynoŭ: Ihnacy Kuczynski, pakajowy; Rusiecki Rubkiewicz, kuchmistr i fawaryt kniazia; i inszyja, jakija prybyli z wajawodaj z Niaświża. My nie liczym tut siabroŭ kniazia, jakija pastajanna mitusilisia pamiż Biełaj i Niaświżam, ale zaŭsiody rabili heta cicha i ścipła. Nawakolle taksama było zdziŭlena, bo, wiedajuczy wielicz wajawody, zdawałasia, było całkam rasczarawanaje. Adnak nieŭzabawie chtości praszaptaŭ kamuści na wucha niejkaje tajamniczaje słowa, i zdziŭleńnie źnikła.
Kniaź, nibyta wyhnany z Niaświża, dzie jahony harnizon byŭ razzbrojeny, kali ŭżo ŭ krai ŭżo paczała raźwiwacca kanfiederacyja, spryjajuczy joj usioj duszoj — i, takim czynam, znachodziaczysia ŭ apazicyi da dwara i majuczy peŭnyja namiery, jon nie chacieŭ zaŭczasna padwiarhać siabie pieraśledu. Jon razasłaŭ swaich siabroŭ i prydwornych u roznyja baki, i jany cicha mitusilisia, farmirujuczy ŭ wialikaj tajemnaści atrad z szaścisot czaławiek, jaki kniaź pawinien byŭ dawieryć niaszczasnym rukam Bierżynskaha.
U adzin z pierszych dzion czerwienia kniaź apynuŭsia ŭ kutnim, kruhłym, z pysznym sklapieńniem kabiniecie, siadziaczy adzin u prastornym kreśle, ababitym wałasianicaj u szyrokija czorna-czyrwonyja pałoski, apranuty tolki ŭ lohki jadwabny żupan — i, abapirajuczysia na padłakotnik, jon zadumienna, dawoli panura hladzieŭ u adczynienaje akno, z jakoha raspaściraŭsia wid na dalokija raŭniny. U dźwiery kabinieta lohka pastukali.
— Chto tam? — spytaŭ kniaź.
— Skirmunt. — byŭ adkaz.
— Kali łaska, — znoŭ skazaŭ kniaź, i kali ŭwajszoŭ prydworny, dadaŭ: — Szto mnie tam, panie kachanku, prynosisz?
— Niejki szlachcicz, — skazaŭ Skirmunt, — chocza pradstawicca Waszaj Kniaskaj Mości.
— Jaki szlachcicz? — kisła spytaŭ wajawoda.
— Jon każa, szto jaho zawuć Paszkoŭski, z Bresta.
— Paszkoŭski?! Hm... jaki, panie kachanku? Siwy, pryhoży... stary, tak?
— Tak, panie kniaź... napeŭna, toj samy.
— Aha! Heta stary Brescki Kaniuszy — Lanckaronski, Paszkoŭski. Ja wiedaju jaho, panie kachanku — zaprasi, Waszmość — niachaj pryjdzie siudy.
Prydworny wyjszaŭ. Praz chwilinu ŭ wialikaj susiedniaj zali paczulisia kroki, i ŭ dźwiarach zjawiŭsia czaławiek, mienawita taki, jakim jaho apisaŭ kniaź, z doŭhimi, abwisłymi biełymi wusami, hadoŭ za siemdziesiat. Jon pakłaniŭsia da kaleniaŭ paważanamu haspadaru.
— Jak majeszsia, panie Kaniuszy? — skazaŭ wajawoda — witaju asindzieja. — Nu, jakija nawiny mnie prywozisz?
— Nawinaŭ, Wasza Kniaskaja Mość, pakul nijakich; ale ja tut, kab dahadzić Jasnawialmożnamu wajawodu...
Tut stary Kaniuszy Brescki zrabiŭ paŭzu i zawahaŭsia.
— Nu, nu, praciahwaj, Waść, panie kachanku, choć kali dahadzić, to panie bracie, nie dla waszych wuszej każuczy, kiepska trapiŭ. Bo ciapier, panie, czasy takija — tolki hladzi, szto chutka i Radziwił budzie dzieści prasić łaskawaha chleba.
— Żarty, Wasza kn. Mość, da hetaha jaszcze daloka, — adkazaŭ stary Kaniuszy, trochi wyprastaŭszysia. — Ale ja tut, kab dahadzić wialikamu Waszaj kn. Mości, ja pryjszoŭ z nieczym, szto moża prydacca dla mianie i dla Ja.W. Wajawody— i dla kraju. Ja chacieŭ by pro publico bono[4] prapanawać pałku Waszaj kn. Mości paru mocnych ruk i dobry nastroj.
— Jak heta? — zdziŭlena ŭskliknuŭ wajawoda. — chacieŭ by asan pajści na służbu, panie kachanku? U takim wieku!
— Ja, Wasza kn. Mość, ciapier sam użo nie zdużaju, choć czatyry hady tamu mieŭ szczaście suprawadżać Jasnawialmożnaha Wajawodu, ale ciapier ja prywioŭ swajho syna i pradstaŭlaju jaho da noh JaW Pana.
— Bene... panie kachanku, my ŭbaczym kawalera, spadziajusia, szto syn asindzieja nie adroźnicca ad swajho baćki.
Tut kniaź paciahnuŭsia da zwanka na maleńkim stoliku pobacz.
— Panie Kuczynski, — skazaŭ jon prydwornamu, jaki ŭwajszoŭ, — zaprasi mnie siudy Marszałka.
Praz niekalki chwilin zjawiŭsia pan Klimaszeŭski. A była heta nie aposzniaja fihura pry kniaskim dwary; bo choć i nie samy starejszy ŭzrostam, jon byŭ piersonaj, i bolsz za toje, mieŭ asabliwuju źniesznaść: wałasy i wusy byli świetłymi i z siwiznoj, a woczy czornyja, jarkija i praniźliwyja. Jon zaŭsiody trymaŭsia z hodnaściu i amal pysznaściu, a szto da jaho charaktaru, to jaho nichto adhadać nie moh. Bo jon czasta byŭ i jovialis [5], i pry tym wialikim statystam. Kniaź-wajawoda taksama lubiŭ jaho, bo czasta, kali nichto nie adważwaŭsia adkryć rot, asabliwa post fata[6] pana Waładkowicza, abo kali adsutniczaŭ pan Leon Baroŭski, słonimski kamornik, dyk pan Klimaszeŭski i wykazwaŭ swajo mierkawańnie, i nie zławaŭ haspadara, i moh dać dobruju paradu — i, nareszcie, kali treba było, maŭczaŭ, jak kamieduł, kab nichto niczoha nie moh z jaho wyciahnuć. Kali jon byŭ uciahnuty ŭ dalikatnuju materyju, jon umieŭ tak pawiarnuć recz, szto surazmoŭcu swaimi dościpami ŭzdymaŭ na śmiech, kab niczoha jamu nie skazać, u toj czas jak pan marszałak usio wiedaŭ i czuŭ, i bolsz taho — hruntoŭna wyniuchwaŭ, szto dzie maje adbycca.
Dyk woś, kali zjawiŭsia pan Klimaszeŭski i zrabiŭ bolsz niezwyczajny wyraz twaru, kniaź adrazu ż radasna ŭśmichnuŭsia i skazaŭ:
— Rekamienduju Waści, panie kachanku, pana Kaniuszaha Bresckaha, kab jaho Waszmość haścinna pryniaŭ, i, kali łaska, pamiataj taksama pra jaho syna.
Mowiaczy heta, kniaź ustaŭ z kresła i wietliwa padaŭ ruku hościu, jaki, pakłaniŭszysia, użo sychodziŭ z marszałkam, ale wajawoda huczna dadaŭ:
— I na wiaczeru zaprasi Waszmość pana Kaniuszaha.
Zatym wajawoda pajszoŭ u zalu, dzie pawitaŭ haściej z Litwy: IMPana Piatra Mirskaha, aboznaha Bracłaŭskaha, i Antonija Chaminskaha, stolnika Aszmianskaha, jakija tolki szto prybyli z Wilenskaha wajawodstwa i jakich czasowa zabaŭlaŭ razmowaj IMPan Skirmunt.
Horad Biełaja, byłaja i ŭ kancy minułaha stahodździa ŭsio jaszcze ŭ znacznaj stupieni nasielenaja rezidencyja mahutnych kniazioŭ Radziwiłaŭ, choć i raźmiaszczaŭsia siarod szyrokich raŭnin i lasoŭ, tym nie miensz, pradstaŭlaŭ dawoli cudoŭnaje widowiszcza dla tych, chto ŭ toj czas padarożniczaŭ z Brest-Litoŭska. Zlewa ad hrebli, jakaja wiała ŭ horad, uzwyszaŭsia akrużany wałam, prastorny i sapraŭdy cudoŭnaj struktury zamak z wuhławymi wieżami i halerejami, zbudawany per modum[7] . Z-za ścien wyhladała wieża wialikaj uwachodnaj bramy. Tut taksama znachodzilisia karcyry i wiaźnicy, u jakich ut fama fert[8] kniaź Charunży, dziadźka kniazia Karala, źniawolwaŭ mnohich ludziej, i nie adnaho zamardawaŭ. Dalej uzwyszajucca wiarszyni fary i kaścioła i kaścioła ajcoŭ bazylijanaŭ, a sprawa, ad samaha pryjezdu, bialejuć szyrokija ścieny i budynki refarmackaha klasztaru, pabudawanaha kniaziem Michałam Kazimiram Radziwiłam, szwahram karala Jana III-ha, uźwiedzienaha ŭ 1671 hodzie.
U toj samy dzień, kali IMPan Kaniuszy Brescki ŭłasna pradstawiŭsia kniaziu-wajawodu, roŭna z zachodam sonca, kali ŭ refarmataŭ użo praźwinieŭ zwon na Angelus , a brat Antoni, marmyczuczy paciery, źbiraŭsia zaczynić klasztornuju bramu, pierad joj spyniłasia parakonnaja bryczka. U bryczcy siadzieli dwa kapucyny; starejszy, krychu toŭsty, ciażka wylez z jaje, pakinuŭszy swajho tawarysza, i ruszyŭ da bramy.
— Laudetur[9]
— In secula[10] — adkazaŭ bramnik — i, nizka pakłaniŭszysia, dadaŭ: — Padaju da noh Wialebnaha Ajca-prawincyjała, kali łaska, zajazdżajcie, ja zaraz adczyniu bramu.
Nieŭzabawie brama i dźwiery zaczynilisia za nowaprybyłymi.
Apynuŭszysia na prastornym klasztornym dwary, chłopiec, jaki kirawaŭ bryczkaj, widawoczna znajomy z miascowaściu, trochi pawiarnuŭ nalewa da stajni i spyniŭ koniej. Tut druhi kapucyn, tawarysz prawincyjała, niahledziaczy na swoj znaczny rost, lohka saskoczyŭ z bryczki i, abciahnuŭszy swoj ciażki habit, chutka paprawiŭ pas, dawoli huczna skazaŭ prawincyjału, jaki nabliżaŭsia, za jakim taksama iszoŭ bramnik, pierastupajuczy nahami:
— Niachaj trysta djabłaŭ razarwuć takuju darohu!
Hołas, pastawa i hetaja pramowa prybyłaha, niejak niesumiaszczalnyja z jaho kapucynskim habitam, pryciahnuli ŭwahu nawat staroha bramnika, jaki stajaŭ z napałowu adkrytym rotam i zdziŭlena hladzieŭ na jaho.
— Nu, nu, — rezka pierapyniŭ prawincyjał, źlohku paciskajuczy placzyma i robiaczy znacznuju minu swajmu tawaryszu. — źbirajsia, Jahamość, my pojdziem nawierch.
Sapraŭdy, jany ruszyli da bakawych dźwiarej na kalidor, dzie szyrokaja i zrucznaja leświca na wierchnim wychadzie wiała prosta ŭ kiellu ajca hwardyjana. Hetaja pierszaja kutniaja kiella była prastornaj i świetłaj. Sprawa ad uwachodnych dźwiarej jaje ŭpryhożwała staradaŭniaja zialonaja kaflanaja piecz. U procilehłaj ścianie adzinaje kutniaje akno wychodziła na sad, łuh i alesznik, jakija należali klasztornaj terytoryi. U lewaj ścianie dwa wokny wychodzili na ŭnutrany dwor, a sprawa, pobacz z wialikaj staraświeckaj szafaj z adnaho boku i padobnym hadzińnikam z druhoha, wiali dźwiery ŭ spalniu hwardyjana.
— Chto tam? — paczuŭsia huczny hołas z inszaha pakoja.
— Niachaj budzie pachwalony Jezus Chrystus, — skazaŭ prawincyjał, stupajuczy ŭsiaredzinu.
— Na wieki, — byŭ adkaz, — zaraz budu służyć.
Nieŭzabawie taksama wyjszaŭ ajciec Ludwik, hwardyjan i haspadar klasztaru. Heta byŭ czaławiek znacznaha rostu, dobraha ciełaskładu, choć i nie toŭsty, z siwymi wałasami, mocna czyrwonym twaram, jaki, choć i byŭ zwyczajnym na wyhlad, byŭ wiasiołym i adkrytym.
— Reverendiśsime pater [11]!— uskliknuŭ jon, padychodziaczy i ciopła witajuczy kapucynskaha prawincyjała.— Adkul ża Pan Boh wiadzie?— O, o, woś szto, baczu, i z tawaryszam.
— Pradstaŭlaju Jahamości, — adkazaŭ prawincyjał, —brata Franciszka, jaki niadaŭna prybyŭ u Lubartaŭ. My chacieli pradstawicca kniaziu-wajawodu, mahczyma, z refarmackich resztkaŭ nieszta i dla nas, Kapucynaŭ, achwiaruje.
— Nu, nu, znoŭ!— zaśmiajaŭsia hwardyjan. — woś ża, Ichmość choczacie, jak baczu, kapać pad nami jamy. Siadajcie ż, ajcy, ja chutka wiarnusia.
Z hetymi słowami hwardyjan źniaŭ kluczy z ćwika, ubitaha ŭ bok szafy, i wyjszaŭ.
Ledź dźwiery za im zaczynilisia, jak da jaho chutka padyszoŭ maŭkliwy kapucyn, tawarysz prawincyjała.
— Ajciec prawincyjał, — skazaŭ jon, — mnie abawiazkowa treba siońnia sustrecca z wajawodam.
— Pahladzim, jak heta arhanizawać. Ja pahawaru z hwardyjanam, ale papiaredżwaju, szto Jahamość, — dadaŭ jon z uśmieszkaj, — maje wielmi nieŭtajmawany jazyk.
Raptam zjawiŭsia hwardyjan, a za im — klasztorny słuha, rastrapany, u padranym palito i łapciach, jaki nios wialikuju butlu maładoha wina i dźwie świeczki; potym, niby ŭ pracesii, brat-kładaŭszczyk z zakuskami; ajciec Rafał definitar, boczkapadobny, nizki, rubicundus et globosus [12] zaŭsiody huczna śmiajaŭsia, — niewyczerpnaja skarbnica aniekdotaŭ i żartaŭ; i, nareszcie, ksiondz prapawiednik Daniił, jak supraćlehłaść definitara i, niahledziaczy na swaju pasadu, maŭkliwy, jak ściana, jaki raniej adkrywaŭ rot tolki dla kazańniaŭ abo kali jaho pytalisia directe[13] ; stary ŭżo, ale nie siwy, chudy, wysoki, bledny, z rysami twaru, jakija nieczym nahadwali ksiandza Skarhu.
Raptam cieła hwardyjana ażywiłasia, i paczałasia razmowa, u jakoj, adnak, najmiensz aktyŭna ŭdzielniczaŭ nowaprybyły kapucyn, brat Franciszak.
— Jakaja ŭ was hałoŭnaja sprawa, ojcza prawincyjale, — skazaŭ hwardyjan, — z kniaziem-wajawodam?
— Niewialikaja recz, — adkazaŭ jon, kali jaho spytali, — ja chacieŭ by paczać ramont naszaha kaścioła.
— Cho-cho, heta Jahamość nazywajesz niewialikaj reczczu— pierabiŭ definitar, śmiejuczysia, — choczasz być adnawicielem kaścioła, heta pachnie jeraśsiu. Chiba ż Jahamość, jak mnie zdajecca, nie trymajecca z dysidentami?
Ahulny śmiech padtrymaŭ ideju definitara, jakaja ŭ toj momant zakranuła najbolsz szczymliwyja struny.
— Smiejciesia, śmiejciesia, — adkazaŭ prawincyjał, zdawałasia b, surjozna, pawolna paciahwajuczy wino, jakoje ŭżo naliŭ u szklanku hwardyjan. — Heta wy, ułasna, refarmaty z jeratykami trymacca musicie, bo nie sakret, szto takoje Refarmacyja.
— Supakojsia, — pierapyniŭ hwardyjan, — my nie majem nijakaha daczynieńnia z toruńczykaŭ.
— Jak heta? — zaśmiajaŭsia prawincyjał, — ci wy taksama wyraklisia i piernikaŭ?
— In perpetuo[14] , kachany ojcza, — tak, tak, woś ża, jany abrydli nam ad czasu taho piernika, jaki IMPan Holc, starasta Hrudziondzki, dasłaŭ pad wyhladam dysidenckaha manifiesta z Torunia, i tak jaho paniesła, szto jaho, widać, nawat sam Jahamość Karol nie moża pierawaryć.
— Chacia, — dadaŭ ażyŭlena maŭkliwy brat Franciszak, — jon maje ni fallor[15] , wielmi pierawarwalny straŭnik.
— Consuetudo est altera natura[16] , — dadaŭ definitar, znoŭ zaśmiajaŭszysia, —bo i jaho zanadta czasta kormiać ciażkapierawarwalnymi ŭzorami, a ciapier, widać, zjawiŭsia niejki nowy wierszyk, ci ŭ kahości z Waszych Mościaŭ jaho niama?
— Jaki ż heta? — spytali jany.
— Barskaja pratestacyja.
Pry hetym słowie niadaŭna prybyły brat Franciszak uśmichnuŭsia.
— Ja mahu Panstwu jaho praczytać, — skazaŭ jon, — kali choczacie.
— Kali łaska — kali łaska, — paklikali jany.
— Da waszych pasłuhaŭ, — dadaŭ jon, — ale ja zapisaŭ heta pa pamiaci, tamu tut krychu nie chapaje. — Z hetymi słowami jon dastaŭ z kiszeni arkusz papiery, napisany bahatym kruhłym poczyrkam, razharnuŭ jaho i paczaŭ mahutnym hołasam:
______
.........
..........
Pierszaj u pryrodnym prawie była czorta zdrada;
I ŭ zakonie Majsieja taja ż czorta rada,
Spakusiŭ habrejaŭ, kab ciala szanawali,
I za idałapakłonstwa szmat chto trupam pali.
Hetak i ŭ Polszczy była pierszaj zdradaj czorta[17]:
Jon zabiŭ Adama Tarła[18], z pierszaje kahorty,
Potym pieraswaryŭ rady, zbłytaŭ trybunały,
Kryż Patockich paprakaŭ, niby czort zuchwały,
Zahadaŭ narodu z Trona kłaniacca cialaci.
Kraj addaŭ u pasłuszenstwa da siastry dziciaci.
Dziŭna, szto kali ciala durnoje pa natury,
Jak pryjszło jano da hetaj chitraje fihury?
Musić, djabał pryniaŭ wyhlad na siabie cialaczy,
Bo inaczaj ciażka usio heta rastłumaczyć.
Ekzarcyst Krasinski i namieśnik Pana Boha
Djabła wyhaniać z cialaci z turkaŭ dapamohaj.
I jak woł na mierznuczaha Jezusa chuchaŭ,
Tak ciala biez Jezusa budzie ŭ łapy dźmuchać[19].
Paśla praczytańnia hetaha pamfleta zapanawała chwilina maŭczańnia. Prysutnym heta widawoczna zusim nie spadabałasia; choć usie i padtrymliwali kanfiederacyju, pamflet byŭ płoskim i biezhustoŭnym, a pryrodżanaje narodnaje paczućcio pawahi da karala było niesumiaszczalnym z takoj hrubaj kancepcyjaj. I woś, niezwyczajna, ajciec Daniił, prapawiednik, pierszym pierapyniŭ ich cichim, ale surjoznym i spakojnym hołasam:
— Heta zusim nie pryhoży pamflet i nie prynosić jon nijakaj sławy swajmu aŭtaru, bo ŭ Swiatoha Łuki my czytajem: Nolite judicare et non judicabimini, nolite condemnare et non condemnabimini [20], i heta tym bolej, kali heta tyczycca samoha pamazanika Bożaha.
— Nie pan Boh jaho peŭna — ale, chiba, sam djabał naszmarawaŭ, dziohciem, — pramarmytaŭ sabie pad nos małady kapucyn. — Na szczaście, hetaha nie paczuli, bo hwardyjan adrazu skazaŭ:
— Ajciec prapawiednik dobra każa, heta zaŭsiody tak — usim treba addawać należnuju pawahu, ja nie asabliwy prychilnik Jahamości karala, bo było b szmat pra szto hawaryć — i ŭsio ż, napeŭna, i ŭ jaho musiać być sumlennyja namiery, jon robić, szto moża...
— Jak heta! — zakryczaŭ małodszy kapucyn, uskokwajuczy z miesca, — da trochsot tysiacz...
Tut prawincyjał, chutka pawiarnuŭszysia, rezka zirnuŭ jamu ŭ woczy — i brat Franciszak, skonczyŭszy znaczna paniżanym hołasam, dadaŭ:
— Da trochsot tysiacz — heta — dukataŭ jon zjadaje ŭ hod — woś i ŭsia karyść!
Takaja enierhicznaja apastroff maładoha kapucyna pryciahnuła da jaho ŭwahu jaho tawaryszaŭ, ksiondz Daniił kinuŭ na jaho strohi i niedawierliwy pozirk, hwardyjan paczaŭ uważliwiej pryhladacca da jaho z pabłażliwaj uśmieszkaj, a definitar użo adkrywaŭ rot, kab wymawić niejkuju kancepcyju, kali ŭ kiellu dawoli szumna i enierhiczna ŭwajszoŭ I.M.P. Klimaszeŭski.
Tut musim dadać , szto ŭżo niekalki dzion szanoŭny marszałak kniazia-wajawody amal kożny wieczar prychodziŭ nawiedać hwardyjana, szto nawat dawała aposzniamu padstawu dla rozdumu, bo pierszy nie mieŭ z im wielmi blizkich stasunkaŭ.
Nowaprybyły, ledźwie ŭwajszoŭszy, lohka pacisnuŭ ruku haspadara i adrazu ż źwiarnuŭsia da kapucynaŭ, z jakimi, asabliwa z maładym, wielmi sardeczna pawitaŭsia. Zwiarnuŭszysia da astatnich prysutnych, jon skazaŭ, pakazwajuczy na brata Franciszka:
— Ja nadzwyczaj rady spatkać tut tak nieczakana majho staroha znajomaha.
Zatym adnawiłasia ahulnaja razmowa pra roznyja czutki, nawiny i palitycznyja kanjunktury, i kali prapawiednik i definitar użo rychtawalisia da adjezdu, marszałak źwiarnuŭsia da prawincyjała:
— Ja wiedaju, — skazaŭ jon, — szto manaskija zaroki, napeŭna, nie dazwolać maładomu tawaryszu prawincyjała rasparadżacca swajoj asobaj u Jaho prysutnaści, tamu ja praszu łaskawaj indulhiencyi, kab moh zaprasić brata Franciszka ŭ swoj zamak, bo, ex titulo pawodle naszaj staroj znajomaści mnie było b szmat pra szto z im pahawaryć.
— Wielmi dobra, — adkazaŭ prawincyjał, uśmichajuczysia, — brat Franciszak moża nawat pieranaczawać u Jahamości. Ja budu ŭ zamku zaŭtra, dyk i zabiaru jaho adtul.
— Tandem [21], — dadaŭ marszałak, użo zdymajuczy kanfiederatku, — zyczym wam dobraj noczy, szanoŭnyja ajcy. I waźmicie swoj wuziałok z saboj, bracie Franciszak, — dadaŭ jon, źwiartajuczysia da maładoha kapucyna.
— Jon zastaŭsia ŭ bryczcy, — adkazaŭ brat Franciszak, — ja jaho adtul zabiaru.
Jany spuścilisia ŭniz. Pierad stajniaj stajała kapucynskaja bryczka; małady zakońnik dastaŭ z jaho wialiki skrutak, uziaŭ jaho pad ruku, i jany pajszli da bramy, jakaja adrazu zaczyniłasia za imi.
Była ŭżo nocz dosyć ciomnaja, kali jany apynulisia na wulicy, jakaja wiała z klasztaru ŭ zamak. Jany ledź paśpieli zrabić niekalki krokaŭ, jak Klimaszeŭski pawiarnuŭsia da kapucyna i, praciahnuŭszy ruku, cicha skazaŭ:
— Nu, dziakuj Bohu, szto Waszmość dabralisia da nas, panie marszałku; bo, — dadaŭ jon, cicha śmiajuczysia, — kali b nie daj Boh, wy trapili ŭ ruki karaleŭskich, Jahamość by trapiŭ u niajomkaje stanowiszcza. Heta było b dla ich wialikaj udaczaj — Bierżynski, marszałak Sieradzkaj Kanfiederacyi, zadali ż Waszmość im fiernepiksu (?) nie raz.
— Praŭdu każuczy, — robiaczy dawoli hanarliwy wyhlad, adkazaŭ Bierżynski, — ja im pad skuru ŭlez, i kali pryjechaŭ siudy z Rusi, mianie niekalki razoŭ ledź nie zławili, ale tut ja baczu, szto karaleŭskija kruciacca i kala Biełaj. Nawat kala Lubartawa dla mianie byŭ taki krytyczny momant, piersz czym ja dabraŭsia da klasztaru, szto mnie dawiałosia niekalki hadzin stajać u poli z awieczkami, pieraapranuŭszysia ŭ pastucha.
— Nie wiedaju, — pierabiŭ Klimaszeŭski, zaśmiajaŭszysia, — jak Waszmości heta ŭdałosia z Jaho rostam.
— Nu, usio ż taki atrymałasia.
Razmaŭlajuczy tak, jany ŭwajszli ŭ zamak. Praz hadzinu Jahamość pan marszałak Sieradzkaj Kanfiederacyi, raskoszna i pychliwa apranuty pa-swojmu, byŭ na kanfidencyjnaj sustreczy z kniaziem-wajawodam i zusim nie byŭ padobny na kapucyna, nie każuczy ŭżo pra pastucha. Jon byŭ pryhożym chłopcam, i choć, jak kazali, nizkaha ab origine [22], jon trymaŭsia jak pan i wyhladaŭ jak pan.
Narada doŭżyłasia ŭżo dobrych paŭhadziny, kali prydworny Kaminski, jaki byŭ u susiednim pakoi, paczuŭ zwon zwana kniazia-wajawody. Jon paśpieszliwa ŭwajszoŭ.
— Zaprasicie mnie siudy pana marszałka, — skazaŭ kniaź.
Nieŭzabawie zjawiŭsia i Klimaszeŭski.
— Słuchaj, Waść, panie kachanku, — żywa skazaŭ kniaź, padychodziaczy, — nam treba zaŭtra pasłać kahości nadziejnaha, summo mane[23] , z daniasieńniem da Boćkaŭ, ale, panie kachanku, czaławieka nadziejnaha i raszuczaha — kaho Waszmość dumajesz? Bo i adtul ja czakaju patrebnaj mnie sprawazdaczy ad Jahamości pana Padczaszaha[24]. Nu, kaho Waszmość dumajesz pasłać, ha?
— Wasza Kniaskaja Mość dobra wiedaje, — adkazaŭ marszałak, — szto ŭ hety samy momant usie, chto ŭ nas ułasna byŭ z takich ludziej, użo na wyjezdach, chiba szto — mahczyma, woś — Skirmunt abo Kaminski.
— Szto?! panie kachanku! — uskliknuŭ kniaź z kamiczna zakłapoczanym wyrazam twaru. Żartujesz, Waszmość, ci zusim zwarjacieŭ? U mianie ŭsiaho dwa prydwornyja; soramna skazać, panie kachanku, z czym ża zastanusia?
— Wasza Kniaskaja Mość wiedaje, — umiaszaŭsia Klimaszeŭski, krychu źbianteżany. — My zaraz tut, u Biełaj, u adroźnieńnie ad Niaświża, ludziej nie majem, z usich bakoŭ akrużany szpijonami. Chiba, — dadaŭ jon, rezka spyniŭszysia.
— Chiba szto? — chutka skazaŭ kniaź.
— Ja dumaju, — pawolna praciahnuŭ marszałak, — możam pasprabawać pasłać taho maładoha Paszkoŭskaha. Jon zdajecca mnie zdolnym chłopcam.
— Nie zabywaj, Waszmość, szto nam tut patrebien daświedczany czaławiek, bolsz taho — nadziejny, a hety... nu, my jaho ŭsio ż nie wiedajem.
— Ale jon na woka wyhladaje dobra, praszu Waszaj Kniaskaj Mości.
— Paruczysia za jaho, panie kachanku.
— Nu — heta ciażka, ale stary paprasiŭ mianie ŭłasna pasprabawać wykarystać jaho, kali nadasca mahczymaść, i jon za jaho ruczajecca.
— O! O! Jon ruczajecca — wialikaja mnie racyja, panie kachanku, kożny lis chwalić swoj chwost... Ale tym nie miensz, jon dobraj krywi, chto wiedaje, panie kachanku, my można b pasprabawać. Wyklikaj jaho, Waszmość; mnie treba pahladzieć jamu ŭ woczy.
Nieŭzabawie zjawiŭsia małady Paszkoŭski. Heta byŭ mażny maładzion, można skazać, wyszejszaha za siaredni rost, świetławałosy, sa świetłym twaram, wialikimi błakitnymi waczyma, wusami, jakija adpawiadali jaho maładości, pysznymi i abwisłymi, śmiełaj pastawaj, uwohule taki pryhoży, szto miżwoli pryciahwaŭ da siabie sercy. Kniaź, zirnuŭszy na jaho chwilinu, raptam spytaŭ:
— Jak Waszmości imia?
— Karal, Wasza Kniaskaja Mość.
— Karal?! — zakryczaŭ kniaź. — Karal! Daliboh, panie kachanku, wielmi pryhożaje imia. Hm, pamiataj ża, Waszmość, szto z czasoŭ niabożczyka Noja, bo szto isnawała da jaho, ja nie wiedaju; tandem, z czasoŭ Noja, czyjo druhoje imia taksama było Karal, szto ja wiedaju dakładna, bo jaho liczba jość na toj butelcy wina, jakuju mnie, panie kachanku, achwiarawaŭ utrapiony Kszyski; dyk woś, z taho czasu jaszcze niwodzin Karal nie byŭ durniem, razumiejesz, panie kachanku? a Karali byli wialikimi. Nu, ale ciapier, — dadaŭ kniaź, paciskajuczy placzyma i źwiartajuczysia da prysutnych, — takija czasy, panie kachanku, szto nawat hetaj katastrofy można czakać, szto niejki Karal budzie hatowy stać durniem. Dyk woś, — praciahnuŭ kniaź, pahrażajuczy palcam, — pamiataj, Waszmość, kab chacia b ty nie zaplamiŭ hetaje imia. Razumiejesz?
— Razumieju, Wasza Kniaskaja Mość , — śmieła adkazaŭ Paszkoŭski, — i spadziajusia, szto nie zaplamlu ni hetaje imia, ni klejnodaŭ, jakija atrymaŭ ad swaich prodkaŭ.
— Wielmi dobra, heta pachwalna, panie kachanku. Dajesz mnie słowa na szlachieckuju sumlennaść?
— Daju, Wasza Kniaskaja Mość.
— Nu, kali tak, to pamiataj Waszmość, szto trymajesz ułasny los u swaich rukach. Dam tabie daruczeńnie, kali wykanajesz jaho dobra dla mianie, panie kachanku, to jak ja jość Radziwił, budu pamiatać pra Waszmość. Ale maj na ŭwazie, heta tabie nie aby-jakoje piwa. Pajedziesz da Boćkaŭ, addasi piśmo i prywiaziesz mnie adtul druhoje. Ale zważaj, ludzi Branickaha błukajuć wakoł; mohuć ciabie, panie kachanku, schapić; treba nie dazwalać siabie abszukwać; treba ŭmieć zachawać papieru, kab jaje nie znajszli. Nu, panie kachanku, dzie jaje Waszmość schawajesz?
— Niachaj Wasza Kniaskaja Mość daruje mnie, — śmieła adkazaŭ Paszkoŭski. — Szto da taho, kab jaje schawać, ja pakul nie mahu skazać. Ja ŭżo adczuŭ na ŭłasnym doświedzie, szto lepszyja idei prychodziać tolki ŭ patrebie.
— Chaj budzie tak, panie kachanku, woś piśmo, — skazaŭ kniaź, bieruczy papieru sa stała, — a zaŭtra, czut-świt , rusz u darohu z Boham.
Było ŭżo amal poŭnacz, kali Paszkoŭski wyjszaŭ z kniaskaha kabinieta razam z marszałkam.
— U was dobry koń, Waszmość? — spytaŭ Klimaszeŭski.
— Niadrenny, bo choć my i niebahatyja, u nas jość wywadak z Boćkaŭskaha tabuna, i my zaŭsiody nieszta dobraje razwodzim.
— Waszmość wiedajesz darohu ŭ Boćki?
— Trochi wiedaju. Dumaju, adsiul treba jechać praz Drahiczyn, ale ja pajedu pa bakawych darohach.
— Raju Waszmości lepsz prajechać mima Siemiatyczaŭ, a potym na Todwin.
Razmaŭlajuczy, jany dajszli da bakawoha kryła zamka, dzie ŭ Paszkoŭskich byŭ haściawy pakoj. Pabyŭszy ŭ im niekatory czas, marszałak pajszoŭ, a stary Kaniuszy Brescki, uścieszany tym, szto jaho syn budzie mieć mahczymaść służyć kniaziu-wajawodu, dabrasławiŭ jaho i, abniaŭszy, loh spać. Ledź jon pakłaŭ haławu na paduszku, jak stary zachrapieŭ, tak huczna, szto jaho było czuwać u trecim pakoi.
Tym czasam małady czaławiek, nakinuŭszy płaszcz, cicha wyśliznuŭ. Spaczatku jon zajszoŭ u stajniu, potym, daŭszy wartaŭniku niekalki hroszaj na piwa, aściarożna wyjszaŭ z dwara i pajszoŭ u miasteczka.
Nastupnaja ranica była sapraŭdy wiasnowaj, pradwiaszczajuczy pryhoży i pahodny dzień. Nieba z uschodu aświatliłasia rużowymi i załatymi promniami, a lohkija tumany ŭ ciopłym pawietry łunali nad nizinami i łuhami, raspaŭsiudżwajuczy balzamiczny wodar traŭ i dzikich kwietak. Zaŭsiody cudoŭnaja, a siońnia jaszcze poŭnaja wiasnowaha szarmu, pryroda niby zaklikała ludziej i ŭsie żywyja istoty da lubowi i zhody, kab, cieszaczysia joju i addajuczy paszanu swajmu Tworcu, jany tolki karystalisia raskidanymi wakoł siabie szczodraj rukoj darami. Ale, na żal! Ludzi, byccam im było zanadta ciesna ŭ hetym Bożym świecie, wyli, jak waŭki — i ŭ naszaj krainie taksama brat paŭstawaŭ suprać brata.
Nasz małady Paszkoŭski, ledźwie na niebie pakazaŭsia pierszy problisk świtańnia, użo siadzieŭ na kani, wyhladajuczy sapraŭdy ŭrażliwa. Ciomna-siniaja taratatka, pakrytaja czornym barankam, padpiarezanaja czornym pasam sa srebnaj sprażkaj, idealna pieradawała jaho pryhożuju pastawu; lohkaja burka wolna spadała z jaho placzej, i z ŭsioj zbroi jon mieŭ tolki zahartawanuju szabielku i paru pistaletaŭ u kaburach. Niewialikaja sumka za siadłom świedczyła pra toje, szto jon adprawiŭsia ŭ krychu bolsz doŭhi szlach. Nasamrecz, jon byŭ prykładna za 12 mil ad Boćkaŭ, i kab da ich dabracca i wiarnucca, nie liczaczy mahczymych pieraszkod, treba było kala troch dzion. Ale załacista-kasztanawy koń z maleńkaj zorkaj na haławie, na jakim siadzieŭ nasz maładzion, zdawałasia, zusim nie czakaŭ naprużanaha marszu, i choć wiersznik spaczatku prymuszaŭ jaho chadzić spakojna, jon rwaŭsia, nieciarpliwa żujuczy, zdawałasia b, zanadta hrubyja cuhli munsztuka, i wyliwajuczy z pyski biełuju, jak śnieh, pienu.
Takim czynam, prajechaŭszy kawałak darohi, Paszkoŭski, jaki czasta pahladaŭ na hety munsztuk, źlez z kania i trochi adciahnuŭ abroć, kab żaleza, jakoje zanadta nizka lażała ŭ jaho pyscy, nie razdrażniała kania.
Hetaje wypraŭleńnie akazałasia dawoli karysnym, i, uliczwajuczy heta, wiersznik zadawolena palapaŭ kania i chutka pabieh ryśsiu. Padarożża, zdawałasia, iszło wielmi dobra; jaho twar wypramieńwaŭ spakoj i dobruju fantaziju. Jon nie raźliczwaŭ, szto i szabli, i pistalety, uliczwajuczy ciapieraszni czas i abstawiny, mohuć być wykarystany. A moża, chto wiedaje, jon upeŭniena raźliczwaŭ na heta, i tamu radawaŭsia.
Dasiahnuŭszy wioski Makaraŭka, jakaja ŭsio jaszcze ŭwachodziła ŭ Bielskija wałodańni kniazia, jon zapawoliŭ kania, aściarożna ruszyŭszy na wulicu. Jon prajechaŭ tolki dziasiatak krokaŭ, kali żanczyna, jakaja iszła z wiadrom da kałodzieża pa wadu, zaŭważyŭszy jaho, kinuła wiadro i chutka paczała ŭciakać. Heta pryciahnuła ŭwahu wiersznika, ale jon praciahwaŭ. Pakolki była ranica, i kożnaja haspadynia wychodzić pa wadu ŭ hety czas, jon sustreŭ jaszcze adnu, jakaja zrabiła toje ż samaje; Nareszcie, treciaja i czaćwiortaja, tolki adna z jakich użo wiartałasia ad kałodzieża, spakojna prajszli mima z poŭnym wiadrom. Prajszoŭszy mima jaje, Paszkoŭski, krychu zdziŭleny, padjazdżajuczy da karczomki na druhim kancy wioski, spyniŭ kania, kab dać jamu trochi pierawieści dych.
Stary dzied, siwy, jak hołub, siadzieŭ na hanku, abapiorszysia padbarodkam na ruki, a rukami — na kij, i hladzieŭ szklanymi waczyma na ŭzychodziaczaje sonca, jakoje ŭsio jaszcze kupałasia ŭ ranisznim tumanie.
— Niachaj budzie pachwalony Jezus Chrystus, — pramowiŭ Paszkoŭski, padychodziaczy.
— Na wieki wieków, panoczku, — adkazaŭ dzied, sprabujuczy zruszycca z miesta.
— Siadzicie, dziadunia, siadzicie; ci wy tutejszy?
— A użeż tutejszny.
— Skażycie mnie, ci tut u was ludziej nie baczyli ci szto, szto bajacca ich?
— Koho, panoczku?
— Ludziej. Bo jak ja jechaŭ, jakaja żanczyna wyjszła z wiadrom, to kinuła jaho i sama uciakła.
— Aha, skazaŭ dzied, kiwajuczy haławoj, a to uże u nas taki obyczaj.
— Jaki?
— Tak — że jak z porożnym spotykaje, to wedro kine i utecze. Bo — o — to, każut, jak baba z porożnym perejde dorohu — to neszczastje.
— Wiedaju pra heta, ale nidzie nie baczyŭ, kab kidali wiadro i ŭciakali.
— Oo! bo to panoczku u nas taka uże umowa meż babami — od toho czasu jak była zato beda.
— Jakaja biada?
— Alboż panoczok newidaje?
— Nie wiedaju.
— To — o tak. Za starego Pana,[25] paczaŭ dzied, sprabujuczy ŭżo hawaryć pa-polsku, bedzie tomu lat dwatsat’, jak tut raz prejeżdżali na polowanie, dwornia jechała peredom, a Naścia Szymonicha pereszła dorohu z poroźnym wedrom, to kotoryj-jak streliu — i zabiw.
— Jak heta? zabiŭ?
— Zabił, panoczku, na śmierć. I, spahadliwa pacisnuŭszy placzyma, dziadok dadaŭ u wyhladzie kamientara: Musit pewno był pijany. Aj! byłoż lamentu, ciągnął dalej, nechaj Boh kryje! A tut i ksionże doichaw—beda i hodi! Tego zaraz wzieli do turmy, ksionże Szymoniukowi podarowau grunt, Szymoniuk zaraz, ne douho żdaty, wziaw druhuju żenu— bo — o — to — każut, „aby bołoto, to czort bude“. A uże od toi pory, to baby tak uzialisia — szczo jak kolio z porożnym spotykaje, to kine wedro a sama u nohi.[26]
Apowied dzieda byŭ absalutna praŭdziwym wa ŭsich detalach. Nasamrecz, adzin z prydwornych kniazia Hieranima zabiŭ żanczynu takim czynam. Ale ci to była nieaściarożnaść, ci to wypadkowaść, jon doraha zapłaciŭ za heta, bo byŭ źniawoleny ŭ lochach Bielskaha Zamka, asudżany kniaziem na pażyćciowaje źniawoleńnie, jakoje jon nibyta tam i skonczyŭ. Kniaź Hieranim sam czyniŭ usiu sprawiadliwaść, ci, chutczej, pakarańni, nie pryznajuczy nijakaha zakona wyszejszaha za swaju ŭłasnuju wolu. Hetaje panawańnie taksama nie było djał jaho ciażkim, majuczy bolsz za 6000 prydwornaha wojska i wydatna padrychtawanaje apałczeńnie, uliczwajuczy, szto ŭ toj czas u krai, widawoczna, uwohule nie było rehularnaha wojska, akramia tysiaczy ci kala taho saksoncaŭ z Karaleŭskaj hwardyi, abo, mahczyma, można było b pieraliczyć tyja haścinnyja hufy, jakija tam-siam błukali pa krai, z czasoŭ wojnaŭ i chwalawańniaŭ u susiednich dziarżawach. Kniaź Charunży nie nabiraŭ aficeraŭ z miascowaj szlachty ŭ swajo apałczeńnie, bo, buduczy nadzwyczaj żorstkim i wiedajuczy heta pra siabie, i czasta karajuczy za najmienszuju prawinnaść śmierciu, jak jon zrabiŭ z kapitanam Marszetam, abo czasta asudżajuczy ich na doŭhija ci nawat pażyćciowyja terminy źniawoleńnia, jon nie chacieŭ padwiarhać siabie niepryjemnym kanfliktam z siemjami, jakija lohka mahli b z im zdarycca. Tamu jon zasnawaŭ kadeckuju szkołu sa swaich paddanych, bo, jak jon sam kazaŭ, «z takich kadetaŭ aficer qua subditus[27] , wiedajuczy mianie suum dominum vitae et necis [28], pawinien być pasłuchmianym». Jon taksama prywioz szmat aficeraŭ z Kurlandyi, z jakimi taksama żorstka abychodziŭsia. Kali adnojczy dwoje ŭciakli ad jaho, jon pasłaŭ 2600 swaich kazakoŭ, kab zławić ich — jon zachapiŭ ich, i choć jany byli szlachtaj i należali da Ryterbanku, jon żorstka ich pakaraŭ.
Nasz padarożnik, trochi pahawaryŭszy pierad karczomkaj, ubaczyŭ, szto jaho koń adpaczyŭ, kiŭnuŭ dziedu i ruszyŭ u dalejszuju darohu. Zlohku papaświŭszysia apoŭdni, jon paśpiaszaŭsia pieraprawicca praz Buh da nastupleńnia noczy. Jon wiedaŭ, szto padrazdzialeńni lohkaj kawaleryi, a dakładniej, awanhardny połk Karonnaha wojska, raźmiaszczalisia tut husta, bo karaleŭski fawaryt, I.M. Pan Byszeŭski, jakoha ŭsiaho hod tamu pawysili da pałkoŭnika awanhardnaha pałka, nie lubiaczy pachu porachu, ale żadajuczy wyłuczycca i zajawić pra siabie pierad Jahamościu Karalom, wysłaŭ hustyja atrady. Choć jany i mieli pierawahu ŭ tym, szto niejak abminali kanfiederataŭ zdalok, jany byli sapraŭdnaj poszaściu dla padarożnikaŭ, asabliwa tych, chto jezdziŭ wiercham i jezdziŭ u adzinoczku. Hetyja razroźnienyja hrupy błukali pa lewym bierazie Buha, źwiartajuczy swaju pilnaść hałoŭnym czynam na Biełuju, jak rezidencyju kniazia-wajawody, jaki faktyczna liczyŭsia marszałkam Kanfiederacyi.
Takim czynam, nasz padarożnik, paśpiachowa prajszoŭszy znacznuju czastku darohi, nikoha nie sustreŭszy, i adczuwajuczy niejkuju ŭpeŭnienaść, szto na druhim baku Buha jamu budzie jaszcze biaśpieczniej, byŭ niewynosna rady, szto jamu ŭdałosia tak hładka pieraprawicca. Ale ż jość staraja maksima, szto czym nibyta spakajniej i biaśpieczniej siabie adczuwaje czaławiek, tym bolsz jon pawinien prajaŭlać rozum, aściarożnaść i razważliwaść.
Sonca ŭżo zachodziła, kali Paszkoŭski dabraŭsia da wioski kala Klimczyc, dzie pieraprawicca praz raku było lahczej. Jon ledź paśpieŭ minuć pierszyja niekalki chacinaŭ, jak insperate[29] jaho z usich bakoŭ ataczyli ludzi. Jaho akrużyła bolsz za dziasiatak pieszych i konnych mużczyn, brudnych i abarwanych, ale praeterpropter [30]ŭ formie.
— Stoj! — adnaczasowa zakryczali śpieradu, z bakoŭ i zzadu.
Spraczacca nie było sensu, bo koń użo byŭ u strachu, a siła była niepieraadolnaj.
— Czaho wy choczacie? — abłajaŭ Paszkoŭski, sprabujuczy pakazać ledziany spakoj.
Niejki starejszy padaficer ci charunży, padychodziaczy, skazaŭ:
— U nas jość zahad zatrymać kożnaha padarożnika i wyświetlić, chto jon taki, adkul i kudy jedzie. Prabacz, Waszmość, — taki zahad, my musim jaho wykanać; treba prezientawać Waszmość paruczniku.
— A chto heta taki, hety wasz parucznik? — nieciarpliwa spytaŭ Paszkoŭski.
— Tut staić parucznik, baron Witynhof.
Nijakaha wyjścia nie było; tamu, akrużany wartaj, nasz padarożnik nakirawaŭsia da dwara, raźmieszczanaha niedaloka ad wioski.
Kab paznajomić czytacza z tym, z kim maje sprawu nasz hieroj, my papiaredzim jaho, kab paznajomić z parucznikam.
Wiadoma, szto ŭ karonnym wojsku tolki radawity szlachcicz moh mieć starszy aficerski czyn, tandem, IMP. Baron Witynhof byŭ szlachciczam z Kurlandyi i nawat wielmi wysoka caniŭ swajo pachodżańnie. Dwanaccać hadoŭ tamu jon byŭ u znakamitych muszkieciorach kniazia Hieranima Radziwiła, charunżaha Wialikaha Kniastwa Litoŭskaha, jakich jon stwaryŭ na ŭzor Ludowika XV, karala Francyi, byccam jany byli jaho asabistaj hwardyjaj. Staŭszy świedkam niewierahodnych ekscesaŭ i fantazij swajho naczalnika, i dawoli doŭha adczuwajuczy jaho ŭłasnuju żorstkaść i lutaść, jon miżwoli, jak heta zwyczajna bywaje, pryniaŭ tyja samyja pryncypy. Ideja wysokaści ŭłasnaha rodu, jaki nibyta pachodziŭ ad Liwonskich bratoŭ-mieczanoscaŭ, i swojeasabliwaja mizantrapija wielmi padszturchoŭwali jaho da roznych wybrykaŭ.
Nie asabliwa pakorliwy abo pryniżany da starejszych, da swaich niżejszych sałdat jon byŭ to zanadta pabłażliwy, dziŭny, to znoŭ żorstki i nieŭtajmoŭny biez miery. Pierajmajuczy ŭ hetym swajho byłoha haspadara, jon adroźniwaŭsia ad jaho tym, szto, kali kniaź-charunży nikoli nie piŭ niczoha, akramia krynicznaj wady, hety naszczadak tych Liwonskich bratoŭ-mieczanoscaŭ, zdawałasia, byccam nie znajomy z aposzniaj — i ŭsio, szto nie było wadoj, ale można było pić, jon usmoktwaŭ jak suślik, nawat nie wybirajuczy hatunku; sapraŭdy pa-wajskowamu: «Szto ŭ poli — heta worah». A paznać, kali jon wypiŭ, było lohka, bo, kali byŭ ćwiarozy, jon choć i pawolna, ale dobra hawaryŭ pa-polsku; napadpitku ż jon, jak luby niemiec, kaleczyŭ mowu, i heta było ŭ pierszuju czarhu źwiazana z jaho chutkaj bałbatnioj.
Paruczniku Witynhofu było, napeŭna, kala tryccaci waśmi hadoŭ, kaścisty, bledny, z ciomnym twaram, taksama ciomnymi, ale redkimi wałasami, dawoli wysokaha rostu, jak każuć, zawiały. Napiŭszysia, jon zwyczajna zahadwaŭ raskłaści koŭdry na padłozie, na stale, łożku ci kanapie, klikaŭ dwuch kazakoŭ z teorbami, jakija hrali i śpiawali dla jaho, i jon taksama śpiawaŭ, chistajuczysia i pjuczy, pakul nie zasynaŭ, źniasileny. Jon byŭ surowy, kali napiŭsia, i siadaŭ na kania; czym bolsz jon piŭ, tym bolsz słuchaŭ muzyku, kaczajuczysia, jak u kałyscy, śpiawajuczy adzin i ŭsio bolsz pjaniejuczy, hublajuczy swoj duch i siłu, tolki ŭzdychajuczy i napiawajuczy ŭsio ciszej i ciszej, a jaho padnaczalenyja rabili tady, szto chacieli — dla jaho realny świet źnikaŭ u snach; u niejkim chaosie i, nareszcie, u hłybokim śnie.
Tolki szto ŭładkawaŭszysia ŭ siadzibie akanoma, parucznik, użo dobra pjany sa swaimi dwuma zaŭsiody prysutnymi chartami — bo jon byŭ wydatnym palaŭniczym, — lażaŭ na kanapie ŭ alkowie, kiwajuczy haławoj, słuchajuczy kazakoŭ i napiawajuczy cichim hołasam, usio radziej i ŭżo blizki da snu i poŭnaha paraliczu. Pierad siencami stajała warta; u pierszym pakoi kala piatnaccaci wajskowych pili, szpacyrawali, adpaczywali i hulali ŭ francuzskija karty. Kali kanwoj, jaki prywioz Paszkoŭskaha, spyniŭsia pierad siadzibaj, nasz padarożnik, źlezszy z kania, skazaŭ wachmistru:
— Słuchaj, Waszmość, choć wy trymajecie mianie tut, jak pałonnaha, nie dumajcie, szto wy mianie tak lohka prahłyniecie, bo wy nawat nie wiedajecie, chto ja taki. Ja pakidaju swajho kania tut na apieku Waszmości; kali moj remień zhubicca, adkażasz mnie za jaho, a ja sabie patraplu znajści sprawiadliwaść, hetak ża i ŭznaharodżu za pilnaść, jak pażadajesz.
— Nu, nu, — skazaŭ supakojeny wachmistr. — Baczu, Jahamość wyhladaje prystojnym czaławiekam, kali łaska, nie chwalujsia za swaju zbruju i kania. — I papiaredżwaju, — cicha dadaŭ jon, — i padyszoŭszy krychu, niachaj Jahamość z parucznikam budzie aściarożnym, bo jon — barani Boża — warjat.
Kali Paszkoŭski, akrużany wartaj, uwajszoŭ u alkoŭ, parucznik spaczatku padniaŭ haławu — zirnuŭ — a potym, z ciażkaściu ŭstaŭszy, sieŭ, skryżawaŭszy nohi pa-turecku, na kanapu.
— Was ist das?— chrypła pramarmytaŭ jon i, nie paczuŭszy adkazu, dadaŭ huczniej:
— So to je?
— A nie wiedaju, szto heta takoje, — pramowiŭ padarożnik, chutka nabliżajuczysia. — Mianie siłaj zatrymali na darozie i prywieźli siudy. Nie razumieju, pa jakim prawie i quo titulo[31] można zatrymać wandroŭnaha szlachcicza ŭ swaim ża krai.
— A! a — zo! szlachcica czcimać — teraz mój Panie rewolucion, konfederacion; ja maju brafo gasztego ćzimać — a majesz Pan pass[32]?
— Jaki pas? Szto za licha! — Baczysz ża, Waszmość, , szto ja padpasany.
— Pan jest podpisany? Gut. Gdzie Pan jest podpisany? Zeigen Sie mir — broszę pakazać.
— Baczysz, Waszmość , szto ja padpasany na bruchu — i nawoszta, czort waźmi, Waszmości heta wiedać?
— Was?! — zakryczaŭ parucznik, sprabujuczy ŭstać z kanapy, ale siły jaho pakidali.
— So pan mne tut głupstwa haworyć. Pan jest Konfederat. Rewidiren[33]! — kryknuŭ na ŭwieś hołas.
Da padarożnika padyszli niekalki żaŭnieraŭ.
— Heta rabawańnie siarod biełaha dnia, — zakryczaŭ Paszkoŭski, paczyrwanieŭszy ad złości i stojaczy śpinoj da ściany ŭ abaronczaj pozie.
— Niachaj Jahamość nie spraczajecca, — cicha skazaŭ stary żaŭnieryk, jaki stajaŭ bliżej, — bo nasz parucznik, kali pjany i zły, nie paważaje nijakich zakonaŭ — jon hatowy stralać, a szto zrobisz suprać siły?
Paczuŭszy hetuju zaŭwahu, Kaniuszycz Brescki tolki prykusiŭ hubu i strymaŭsia, a parucznik znoŭ kryknuŭ: Rewidiren!
Nie każuczy bolsz ni słowa, Paszkoŭski pahadziŭsia na wobszuk. Z jaho ściahnuli wopratku da kaszuli, ahledzieli i abmacali padkładku, szapku i boty, nawat zazirnuli ŭ pochwy szabli. Parucznik źlez z kanapy i, chistajuczysia na nahach, zadychajuczysia i marmyczuczy, sam usio ahledzieŭ. Padarożnik tolki ŭśmichnuŭsia sa szkadawańniem, nazirajuczy za starannaściu Kryżaka.
Niczoha nie znajszli.
— Gdzie jest furmanka temu Panu? — zakryczaŭ Witynhof.
Paszkoŭski maŭczaŭ.
— Hety pan na kani pryjechaŭ, — skazaŭ adzin z szarahoŭcaŭ.
— Konfederat! — burknuŭ pad nos parucznik. — No — rewidiren tego koń!
Usie wyjszli pierad siadzibaj. Zniali mantyju, staranna abszukali, potym rasszpilili ramień, abmacali i abszukali aŭczynuju huńku, siadło i paduszki, a taksama zazirnuli pad kryły — skonczyłasia niczym.
Parucznik tolki sop, bolsz niczoha nie każuczy, i kali stary wachmistr, u łapu jakoha nasz padarożnik akuratna nieszta ŭkłaŭ, skonczyŭ siadłać kania, Paszkoŭski zahawaryŭ, padychodziaczy da Witynhofa:
— Nu, tady sprawa skonczana. A ciapier skaży mnie, Waszmość, ci ty szlachcicz?
— Was? — aburyŭsia jon pytańniem. — Ich bin Baron von Vitinghoff. Heta — dadaŭ jon, uśmichajuczysia, — lepsz czym szlachcicz.
— O, nie! — pierapyniŭ jaho Paszkoŭski. — Waspan pamylajecca. Baron, u lepszym wypadku, kali sapraŭdny, — heta tolki szlachcicz, a ŭ nas, panie moj, szlachcicz — heta toje ż samaje, szto karol, bo luby bene natus[34] moża być im, a Jan Zamojski, jaki ażaniŭsia z siastroj Batoryja, byŭ tolki prostym szlachciczam. I musisz wiedać Waspan, szto jon padpiswaŭsia eques polonus, his omnibus par [35]. Tamu, kali Waspan szlachcicz ci baron, to wiedaj ża, szto ja taksama szlachcicz, i pakolki Waszmość mianie abraziŭ i źniaważyŭ, pamiataj, szto my musim źwieści rachunki — i dla hetaha pryjdzie czas; a ciapier budź zdaroŭ.
Z hetymi słowami jon sieŭ na kania i pawolna praciahnuŭ swoj szlach.
Witynhof pakul szto niejak nie znachodziŭ ni piareczańniaŭ, ni adkazaŭ; napaŭpjany, napaŭćwiarozy, całkam źbianteżany pamyłkowymi wobszukami, a taksama pawodzinami i dobraj fantazijaj Paszkoŭskaha, stajaŭ z adkrytym rotam, mirhajuczy, jak zwyczajna. Praz chwilinu jon plunuŭ, wyłajaŭsia pa-niamiecku i wiarnuŭsia ŭ swoj pakoj.
Paszkoŭski, pieraprawiŭszysia praz Buh u toj ża dzień, naczawaŭ u niejkaj prydarożnaj karczomcy i zjechaŭ na nastupny dzień, użo lepsz padhaniajuczy kania, dasiahnuŭszy Boćkaŭ da wieczara. Jon nakirawaŭsia prosta ŭ hubierniu, rezidencyju tak zwanaha hubiernatara, abo, pa-suczasnamu, kiraŭnika majontka. Heta byŭ niejki IMPan Teador Lutomski, taksama wiadomy jak Lutynski, jak jaho niekatoryja nazywali, i jon czasta aficyjna padpiswaŭsia dwuma imionami, i czyj brat, Marcin, byŭ akanomam falwarku Hrozaŭka na Słuczczynie, jakaja należała kniaziu Karolu. Ale IMPan Marcin, szlachcicz wialikaj sumlennaści i wysakarodnaści, byŭ, jak jaho tady nazywali, «naturalistam», alias [36]Simplicyjus[37], u toj czas jak IMPan Teador, hubiernatar majontka Boćki, Mastaŭniczy Aszmianski, zajmaŭ znaczna wyszejszyja pasady; bo jon byŭ i statystykam, i jurystam, i mieŭ zdolnaść nie tolki nasić kapuzu ci kanfiederatku. Taksama i Jasnawialmożny Padczaszy Wialikaha Kniastwa Litoŭskaha [38] lubiŭ jaho i karystaŭsia im u mnohich sprawach, bo toj sapraŭdy zasłuhoŭwaŭ ŭniwiersalnaha dawieru haspadara.
Pan Mastaŭniczy byŭ paważanym czaławiekam, chłopcam znacznaha rostu, miasistym i zdarowym. Jon nasiŭ hustyja wusy, czupryna była karotkaja i padholenaja, jak i należyć; u jaho była łapa, jak u bieławieżskaha miadźwiedzia, — ale jon byŭ taksama i facundus [39]. Jon lubiŭ hawaryć, czasta nawat wysokim tonam, a hołas jaho byŭ huczny, jak by ŭ bubny biŭ.
Siadziba, da jakoj nakiroŭwaŭsia nasz padarożnik, tak zwanaja hubiernija, była draŭlanym budynkam, paczarniełym ad staraści, wielmi doŭhim, z czatyrma hankami, pa dwa na kożnym kancy, a dakładniej, pa dwa pa kożnym baku bolsz doŭhich ścien, z wysokim, łamanym dacham, upryhożanym szmatlikimi maleńkimi akiencami. Prastornyja pakoi ŭnizie, jakich było nieźliczonaja kolkaść, składali rezidencyju hubiernatara, składy i pakoi dla haściej; na druhim kancy byli piakarni, kuchni i pakoi dla słuh. Wokny byli amal całkam z świncowymi ramami, z niewialikimi szybami, ale raźmieszczanymi wielmi nizka la ziamli.
Było widawoczna, szto hety budynak pierażyŭ stahodździe i byŭ pabudawany hruntoŭna i staranna, jak heta było kaliści pryniata. Heta było widać pa woknach, apracoŭcy dźwiarej, azdoblenych dekaratyŭnymi panielami, i nawat pa mudrahielista wyhnutych klamkach. Ale daŭniejszyja szpalery na ścienach ciapier byli zamienieny prostaj hlinaj abo wapnaj, i nawat dźwiery, kaliści pryhoża wyrazanyja i pafarbawanyja, taksama byli sotni razoŭ pierafarbawany tym, szto zdawałasia biełaj hlinaj, jakaja, adsłojwajuczysia ŭ mnohich miescach, ahalała drewa i szmatlikija wałokny rośpisu.
Paszkoŭski nakirawaŭsia da adnaho hanka, jaki zdaŭsia jamu bolsz reśpiektabielnym, źlez z kania i, pieradaŭszy jaho parabku, jaki bieh sa stajni, ruszyŭ u siency. Jon tolki ŭziaŭsia za ruczku, kab uwajści ŭ pierszy pakoj, kali dźwiery rasczynilisia znutry, i na samym parozie jon ledź nie sutyknuŭsia z kimści, chto źbiraŭsia wybiehczy ŭ siency, paśla czaho paczuŭ cichi woklicz wielmi pryjemnym hołasam:
— Ach! Prabaczcie!
Nasz padarożnik ubaczyŭ pierad saboj wielmi pryjemnuju zjawu: heta była wielmi pryhożaja dziaŭczyna, hadoŭ moża szasnaccaci, jakaja ŭsia paczyrwanieła da wuszej, zastyła na chwilinu , byccam aszałomlenaja, a potym kinułasia da dźwiarej, jakija wiali ŭ dalejszyja pakoi. Ubaczyŭszy heta, Paszkoŭski, aczuniaŭszy i zaŭważyŭszy, szto dziaŭczyna azirnułasia na paroh, uskliknuŭ:
— Z dazwołu Waspanny, ci znajdu ja ŭ domie pana Lutomskaha ?
— Dziadźku? Dziadźka doma.
I zjawa źnikła za dźwiaryma.
Ale jaje wobraz zusim nie źnik z ujaŭleńnia Paszkoŭskaha. Panienka, kali tut lepsz ŭżyć hetaje słowa, tak zachapiła jaho, szto, na chwilinu zabyŭszysia pra świet, jon stajaŭ u zadumieńni.
Adnak z hetaj chwilinnaj zadumliwaści, jakuju jon sam nie zmoh by ŭświadomić, jaho wyrwali huki na hanku: szarkańnie noh i mahutny basawy hołas, wierahodna, źwiernuty da parabka, jaki trymaŭ kania:
— A chto heta pryjechaŭ?
I adkaz adrazu:
— Nie wiedaju, Jahamości, niechta niewiadomy.
Dźwiery rasczynilisia, i ŭ pakoj chistajuczysia ŭwajszła ŭrażliwaja postać Pana Mastaŭniczaha ŭ szerym palito i czornych jaławicznych botach z wysokimi chalawami; apranuty tak pa-damaszniamu, szto jon nawat trochi zaturbawaŭsia pra ŭłasnuju ważnaść.
— Kaho maju honar? — paczaŭ jon, uwachodziaczy.
— Paszkoŭski, — pierapyniŭ jon, — prybyŭ, mianie pasłali ad kniazia-wajawody z Biełaj z daniasieńniem da was, Panie Dabradziej, kab wy jak maha chutczej adprawili mianie wiadomym szlacham da Padczaszaha.
— Wielmi dobra, o, wielmi dobra, — uskliknuŭ Mastaŭniczy.
— Akramia taho, — dadaŭ Paszkoŭski, — kali jość szto-niebudź, szto treba adprawić kniaziu, mnie daruczana heta prywieźci.
— Wasza Miłaść prybywaje, tak by mowić, akurat swojeczasowa — o, bo siońnia ja taksama atrymaŭ, tak by mowić, daniasieńnie da kniazia-wajawody. Niachaj ża Waszmość, kali łaska, pahaściuje i adpacznie.
— Dziakuj, — adkazaŭ Paszkoŭski, — ale ja pawinien na chwilinku pajści da swajho kania.
— Niachaj Waszmość nie turbujecca; wielmi praszu.
— Prabaczcie, Pan — dadaŭ małady czaławiek z razumiejuczaj uśmieszkaj i dadaŭ ciszej:
— U mianie tam ułasna zachawana daniasieńnie.
— O, nu heta inszaja recz.
Ledź tolki dźwiery zaczynilisia za Paszkoŭskim, jak haspadar kryknuŭ na ŭsiu moc, tak szto szyby zadryżeli:
— Antek!
Ale piersz czym zjawiŭsia Antek, z inszaha pakoja zjawiłasia maładaja panienka, jakuju my ŭżo baczyli raniej, i, padbiehszy z cikaŭnymi waczyma i hulliwaj, padchalimliwaj uśmieszkaj, spytała:
— Dziadźka, kali łaska, chto heta pryjechaŭ?
— O! Jakaja Asindziejka, tak by mowić, cikaŭnaja; ŭżo baczyła hetaha kawalera.
— My sustrelisia la dźwiarej, — adkazała jana, naduŭszysia i ŭźniaŭszy browy.
— Nu, nu, nu! użo sustrelisia, — o. — A wiedajesz, Asindziejka, chto heta taki?
— Ułasna, nie wiedaju.
— Tady wiedaj, Asindźka... o, heta IMPan Lanckoronski Paszkoŭski, Koniuszycz Brescki, pryjechaŭ kurjeram ad kniazia wajawody z Biełaj, woś, i biaży, skaży Ichmości, kab nam padali szto-niebudź, kab, tak by mowić, praczyścić zuby i prapałaskać horła, piersz czym budzie pryhatawana sapraŭdnaja wiaczera... o, bo heta hość nie aby-jaki.
Dziaŭczyna wybiehła.
Paszkoŭski nieŭzabawie wiarnuŭsia i pieradaŭ kniaziu daniasieńnie, a tym czasam padali zakuski i paru butelek miodu, i pakul hość i haspadar użo horacza nieszta abmiarkoŭwali, z paroha paczułasia:
— Mir hetamu domu!
— I tamu, chto haworyć, — skonczyŭ haspadar i, źwiarnuŭszysia da Paszkoŭskaha, dadaŭ:
— Pradstaŭlaju — naszaha parafijalnaha światara, ritus graeci [40] — Jahamość, ksiondz Bałandowicz, a heta IMPan Paszkoŭski, ad kniazia-wajawody.
Probaszcz byŭ siaredniaha rostu, dobraha ciełaskładu, łysy, jak każuć, jak kalena, z resztkami siwych wałasoŭ na patylicy i wakoł skroniaŭ; twar jaho byŭ poŭny, wiasioły i aktyŭny, kala szaścidziesiaci hadoŭ.
— Jakija tam nawiny, tak by mowić, Waszmość Dabradziej nam prywozisz? — skazaŭ probaszcz, kidajuczy szapku i pacirajuczy ruki. — Szto tam czuwać?
— Niczoha asabliwa nowaha, — adkazaŭ Paszkoŭski. — Adzinaja nawina — heta toje, szto pan karonny padskarbi[41], ciapier znachodzicca ŭ Biełaj na Silezii i szto jon nibyta stwaraje tam nowuju kanfiederacyju.
— O! Baczysz, Waszmość , — skazaŭ probaszcz, źwiartajuczysia da Mastaŭniczaha, — ja kazaŭ, a szto? Padskarbi, tak by mowić, zrobić usio pa-swojmu, i pabaczysz, Waszmość , tolki ciapier usio budzie zroblena należnym czynam, tak by mowić.
— Szto mnie Jahamość, tak by mowić, każasz pra padskarbija? Jon budzie tolki kałamucić, Masanie, i ŭsio!
— Jak heta kałamucić, tak by mowić? Kanfiederacyja razwalwajecca; jaje treba znoŭ zawiazać.
— Z waszaha dazwołu, tut patrebna, tak by mowić, dypłamatyja, — uskliknuŭ haspadar, — nieabchodnyja stasunki sa źniesznimi siłami, i asabliwa sajuz z Turcyjaj. I czym moża nam tut dapamahczy Jahamość Padskarbi, tak by mowić? Tut tolki Wialiki Litoŭski Padczaszy trymaje ŭ ruce nervus rerum [42], bo wiadoma, szto hety rod mieŭ daŭnija stasunki z tureckim dwarom.
— At, — pierapyniŭ probaszcz, machnuŭszy rukoj, — u Waszmości zaŭsiody tolki tak by mowić Padczaszy; chwalisz jaho, bo jon pracadaŭca, i ja nie admaŭlaju, szto jon wialiki patentat [43], ale, — dadaŭ jon, zrabiŭszy kisłuju minu i paniziŭszy hołas, — Waspan sam wiedaje — libierał.
— Libierał!! — paŭtaryŭ Mastaŭniczy basam. — Nu i szto? Heta, tak by mowić, nie maje da hetaha nijakaha daczynieńnia. A ŭ Jahamości albo Padskarbi, albo toj Pułaŭski — och! niejki adwakat-niaŭdacha! Wydatny marszałak!
— Szto placiesz, Waszmość! szto placiesz? — z nieciarpieńniem uskliknuŭ światar. — Pułaŭski, tak by mowić, wialiki czaławiek. Nu, — dadaŭ jon, źwiartajuczysia da Paszkoŭskaha, — a pra Pułaŭskich niczoha nie czuwać?
— Fama niesie [44], szto maładyja Pułaŭskija taksama dabralisia da Padhuża z tureckaj miaży, a pra Kazimira każuć, szto jon sapraŭdy czaławiek wialikaha duchu.
— Baczysz, Waszmość, — znoŭ uskliknuŭ probaszcz, — ja ż daŭno heta kazaŭ.
— Heta my jaszcze pabaczym, tak by mowić, — adkazaŭ Mastaŭniczy, kiŭnuŭszy haławoj.
— Ja skażu Ichmościam Dabradziejam, — pierapyniŭ Paszkoŭski, — niachaj kożny robić, szto moża i jak moża — aby byŭ wynik.
— O! Waszmość, tak by mowić, światuju praŭdu skazaŭ: praca biez wyniku niczoha nie wartaja: est labor ingratus, quern praemia nulla sequuntur[45] .
— Tak, tak, ja taksama heta prymaju, — uskliknuŭ Mastaŭniczy, — ale niachaj Jahamość taksama pamiataje, szto hetyja wyniki nielha lohka raspaznać adrazu, bo druhaja prykazka śćwiardżaje, szto: diabolus est simia operum divinorum[46] .
Tut haspadar pieramożna ŭśmichnuŭsia, widawoczna zadawoleny, zdawałasia b, hruntoŭnym arhumientam, jaki jamu ŭdałosia prydumać suprać swajho praciŭnika.
Akazałasia, szto i probaszcz, i Mastaŭniczy szczyra padtrymliwali kanfiederacyju, ale kożny z ich aceńwaŭ reczy i ludziej sa swajho punktu hledżańnia i, zyczaczy sprawie najlepszaha, miżwoli schilalisia da roznych partyj, jakija hurtawalisia ŭ krainie. Pradstaŭniki hetych partyj, jakija zajmali wyszejszyja pasady ŭ sacyjalnaj ijerarchii, ci nawat sami lidery, na żal, nie zaŭsiody byli wolnyja ad asabistych metaŭ. Hetak ża, jak Krasinski i Wiesiel kirawali adhalinawańniem kanfiederacyi na ziemlach Swiaszczennaha Rymskaha impieratara abo Saksonii, kożny ŭ swaim kirunku, — tak i ŭ Turcyi Jaŭchim Patocki, karonny padczaszy, swaryŭsia z Pułaŭskimi, i kolkaść marszałkaŭ u krai mnożyłasia da biaskoncaści. I hetak ża, jak nie było zhody pamiż Mastaŭniczym i probaszczam, nie było zhody i tam. Dukaty achwotna sypali na karyść sprawy, ale, zdawałasia, nichto nie prytrymliwaŭsia dewiza, jaki byŭ adbity na ich. A pakolki ciapieraszniaje pakaleńnie, mahczyma, nawat nie baczyła dukataŭ, nahadajem im, szto na ich byŭ nadpis: «Concordia parvae res crescuntu [47]». Widać, mienawita hetaj concordia nam najbolsz brakawała.
Zakuska, jakuju padali da pryjezdu Paszkoŭskaha, daŭno była zjedziena, i abiedźwie butelki z miodam byli pustyja, z czym sumlenna dapamoh i probaszcz, kali pani Mastaŭniczyna, suchaja i chudaja, jak doszka, poŭnaja supraćlehłaść muża, uwajszła, kab abwiaścić, szto wiaczera hatowaja, a za joj — żonka brata hubiernatara i jaje daczka Kunusia, abo Kuniehunda, z jakoj my ŭżo paznajomilisia. Abiedźwie hetyja pani niekalki dzion tamu pryjechali sa Słuczczyny ŭ adwiedziny. Adbylisia znajomstwy, paśla czaho haspadary zaprasili haściej u prastorny pakoj nasuprać, dzie stoł dla wiaczery byŭ użo dawoli dobra i akuratna nakryty. Tawarystwa pawialiczyłasia jaszcze niekalkimi ludźmi abodwuch pałoŭ, z miascowych życharoŭ, jakija kirawali domam abo majomaściu, jakaja da jaho należała.
Wypadkowa ci pa czyimści raźliku nasz małady padarożnik apynuŭsia pobacz z dziaŭczynaj, za szto, jak było widać pa jaho humory i wyrazie twaru, jon zusim nie źbiraŭsia zławacca. Skarystaŭszysia dawoli szumnaj razmowaj tawarystwa i nie hublajuczy czasu, jon źwiarnuŭsia da swajoj maładziutkaj susiedki.
— Nadoŭha wy siudy pryjechali, panienki? — spytaŭ jon.
— O, tolki na niekalki dzion, — adkazała jana, padymajuczy i adrazu apuskajuczy woczy.
Razmowa na chwilinu zmoŭkła.
— Ci żywuć panienki na Słuczczynie?
— Tak, moj baćka służyć u kniazia ŭ Hrozaŭcy.
— O, i ja taksama, — adkazaŭ Paszkoŭski.
Znoŭ chwilina maŭczańnia, jakoje na hety raz paruszyła maładaja panienka, krychu saramliwa i mocna paczyrwanieŭszy:
— Ale pan bywaje ŭ Słuczczynie?
— Jaszcze nikoli tam nie byŭ, — z zapałam padchapiŭ junak, — ale spadziajusia, szto budu tam — biez sumniewu, — dadaŭ jon bolsz raszucza.
Panna znoŭ paczyrwanieła, jak rak.
— Dahetul, — znoŭ pierapyniŭ Paszkoŭski, — ja żyŭ z baćkam u Bresckim pawiecie, i mnie było szkada jaho pakidać, bo ŭ nas niama blizkich swajakoŭ, a sam jon ciapier zastaŭsia doma; ale, ciażka dać rady! U ciapieraszni czas za pieczczu siadzieć nielha, tamu my pryjechali u Biełuju, adkul my chutka wyjdziem pad nowaj charuhwaj, abawiazkowa.
— Ach! — pierapyniła panienka. — Heta żachliwaja recz, hetaja wajna — stralajuć, barani Boża! mohuć zabić!
— Wiadoma, mohuć, ale — akramia majho staroha baćki, nichto b mianie nie paszkadawaŭ.
— Adkul pan moża wiedać?
— O! Kali b ja wiedaŭ, — skazaŭ Paszkoŭski, uśmichajuczysia, — szto panna Kuniehunda nawat praczytaje za mianie «Awe Maryja», ja ŭpeŭnieny, szto wyjszaŭ by cełym z samaj hostraj patreby.
Susiedka treci raz paczyrwanieła jak rak i, paśla chwiliny źbianteżańnia, cicha adkazała:
— Ja zaŭsiody malusia za ŭsich... bliżej znajomych.
— Kali tak, — padchapiŭ Kaniuszycz, — ja łaŭlu ciabie na słowie.
— U czym? — zdziŭlena spytała jana.
— Szto praczytajesz «Awe Maryja», bo zaraz, siadziaczy tut, ja dla pani najbliżejszy, a pakolki ja znajomy, znaczyć, ja twoj najbliżejszy znajomy, pani ż nie admaŭlaje hetaha?
Kundzia wiesieła zaśmiajałasia.
— Znaczyć, praczytajesz «Awe Maryja», — dadaŭ Paszkoŭski, — z wiecznym supakojem?
— O nie! — z zapałam uskliknuła panienka, zabyŭszysia, — biez supakoju.
Tut łaŭki, taburetki i kresły ruszylisia, i ludzi ŭstali z-za stała.
Paśla wiaczery tawarystwa jaszcze niejki czas pahutaryła. Kaniuszycz pahawaryŭ sa starymi paniami, i, nareszcie, kali jany syszli i probaszcz addaliŭsia, Mastaŭniczy pieradaŭ jamu niewialikuju, akuratna składzienuju zapisku, kab jon pieradaŭ jaje kniaziu-wajawodu.
Na nastupny dzień, amal roŭna na ŭzychodzie sonca, nasz maładzion użo dobra adpaczyŭ; jon byŭ na nahach i adrazu ż wyjszaŭ ahledzieć swajho kania, jakoha znajszoŭ należnym czynam adkormlenym i aczyszczanym. Jon sam asiadłaŭ i zacuhlaŭ jaho, i tolki tady, paklikaŭszy adnaho z koniuchaŭ, zahadaŭ jamu dahladać za im i nieŭzabawie prywioŭ jaho da hanka, paśla czaho pawiarnuŭ nazad dadomu. Dajszoŭszy da hubiernatarskaha doma, jon zaŭważyŭ tam raniszniuju aktyŭnaść, i bolsz za toje, ubaczyŭ pannu Kuniehundu, jakaja siadzieła na hanku, staranna składajuczy bukiet kwietak, schiliŭszy haławu. Wialikaja kucza ich lażała na łaŭcy pobacz z joj, i niamała było raskidana pa ziamli, wykinutych za niepatrebnaść.
Takim czynam, jon spyniŭsia na hanku i paśla prywitańnia i chwilinnaj razmowy, padniaŭszy z ziamli kwietku i pahulaŭszy z joj, skazaŭ:
— Szkada, szto pani admowiłasia ad takoj pryhożaj kwietki.
— Hetaja znaczna pryhażejszaja, — adkazała Kundzia, pryjemna ŭśmichajuczysia i praciahwajuczy ruku z druhoj. — Taja trochi zawiała.
Kaniuszycz z nieciarpieńniem schapiŭ kwietku i ruku, jakuju sardeczna pacisnuŭ.
U hety momant na parozie zjawiŭsia Mastaŭniczy.
— Cha! Cha! — huczna zaśmiajaŭsia jon. — Ja ŭżo baczu Waspanstwa za śniadankam.
Maładyja abodwa paczyrwanieli.
— Ale hetaha budzie niedastatkowa na darohu dla majho kachanaha Kaniuszycza, tamu, kali łaska, zachodźcie ŭsiaredzinu.
Na stale ŭżo czakali winnaja poliŭka i haraczyja zrazy, i Paszkoŭski, ubaczyŭszy ŭzychodziaczaje sonca, choćki-niachoćki musiŭ śpiaszacca z jeżaj. Szczyra i sardeczna raźwitaŭszysia ŭsim tawarystwam na hanku, jon z blaskam sieŭ na swajho kasztanawaha kania i, pakłaniŭszysia jaszcze niekalki razoŭ, ruszyŭ u darohu.
— Hładki kawaler, — skazaŭ , nazirajuczy za adjazdżajuczym, Mastaŭniczy.
— Niczoha, — dadała jaho bratawaja, puchleńkaja akanomka z Hrozaŭki, maci Kundzi.
— I z wielmi dobraj siamji, i maje pierad saboj pierśpiektywu, — praciahwaŭ haspadar. — A ci wiedajesz Ichmość bratawaja, szto jon ładziŭ zalacańni da Kundzi?
— Pra szto ty każasz, brat? Jakija zalacańni?
— Oj, chiba ja ślapy! naadwarot, daj Boża, bo heta ż ja Kundziu, tak by mowić, praktyczna wychawaŭ i adukawaŭ jaje ŭ swaim domie — oj — ale ja tak rady. Zalacaŭsia, jaszcze jak zalacaŭsia.
— Ale, panie bracie, ty żartujesz. Jon nawat nie zirnuŭ na jaje, tolki trochi pahutaryli za abiedam.
— Aha, — zaśmiajaŭsia Mastaŭniczy, — tak, tak, i siońnia ranicaj na hanku ja baczyŭ, jak jon pacaławaŭ Kundziu...
— Najświaciejszaja Maci! — uskliknuła akanomka. — Dajcie mnie spakoj, ci moża heta być? Woś ża razbojnik! Kundziu, Kundziu! Jakoje niaszczaście...
— Cicha, cicha — supakojsia, — supakoiŭ haspadar, trymajuczy jaje za ruku, śmiajuczysia da śloz. — Ja każu bratawaj, szto pacaławaŭ — ale ŭ ruku.
— U ruku? Nu, tak i hawary, — skazała pani Lutomskaja, dychajuczy pawolniej, — a to każa, Swiataja Maci! pacaławaŭ...
Hość daŭno źnik z waczej, usie razyszlisia, bukiet lażaŭ raskidany na łaŭcy, a panienka tolki szto wyjszła i sieła na hanku, hledziaczy ŭdalaczyń, zadumaŭszysia, bolsz nie śpiaszajuczysia rasstaŭlać kwietki...
Kaniuszycz, krychu zmarnawaŭszy czas na darohu ŭ Boćki i na miescy, wyraszyŭ paśpiaszacca nazad i nawat, kali mahczyma, zusim nie naczawać. Raźwiedaŭszy darohu, jon byŭ upeŭnieny, szto zmoża dabracca da Biełaj kala poŭnaczy, nawat trochi paszkadawaŭszy swajho lubimaha kania; bo, buduczy kaniom dobraj krywi, paśla dwuch dzion umieranaha marszu jon moh praciahwać wykazwać znaczna bolsz enierhii — charakternaja rysa ŭsich radawitych koniej pry ŭmieranym wykarystańni.
Takim czynam, Paszkoŭski, wyjechaŭszy ranicaj, paśla dwuch karotkich adpaczynkaŭ u toj dzień, pierasiek raku Buh zadoŭha da zachodu sonca. Prajechaŭszy praz lasy na lewym bierazie Buha i ŭżo minuŭszy Czuchaŭ, jon wyjechaŭ na szyrokija pali i, zadumany, prytrymaŭ swajho krychu stomlenaha kania. Jak tolki jon minaŭ aposzni kraj lesu, jon zaŭważyŭ troch wiersznikaŭ, jakija nabliżalisia da jaho ŭ poli. Siarod jakich, kali jany nablizilisia, jon lohka paznaŭ parucznika Witynhofa, jaki jechaŭ napieradzie, a za im adzin szarahowiec i kazaczok, jaki wioŭ paru chartoŭ na pawadku.
Spatkańnie, widać, nie zdawałasia Kaniuszyczu niepryjemnym; widawoczna, u jaho haławie adrazu milhanuła niejkaja dumka, bo jon raptam uśmichnuŭsia i skazaŭ, padjechaŭszy krychu bliżej da parucznika:
— O! Czałom Waszmości, ja baczu, wy wyjechali z chartami, choć zaraz nie czas dla hetaha. Tamu ja miarkuju, szto ŭ hetych krajach niama kanfiederataŭ; jon moh kali-niebudź pakinuć swajo kamandawańnie.
— O! Heta pan! — uskliknuŭ Witynhof, paznaŭszy padarożnika. — Ja dumaju, szto tut jość kanfiederaty, kali pan tut; ciapier ja pana prosta tak nie adpuszczu.
— Tak?! Dyk Waszmość mianie zatrymajesz? — spytaŭ Paszkoŭski z iranicznaj uśmieszkaj.
— O, naturlich, trymajcie jaho, — kryknuŭ parucznik swaim ludziam.
I sam paczaŭ atakawać na kani.
Paszkoŭski, ubaczyŭszy, da czaho idzie, dastaŭ pistalet, adskoczyŭ na dwanaccać krokaŭ nazad razam sa swaim kaniom; tym czasam prahrymieŭ streł szarahoŭca, jaki widawoczna pramachnuŭsia. Paszkoŭski taksama adrazu adhuknuŭsia, i żaŭnier, paranieny ŭ placzo, upaŭ na ziamlu, jak kałoda, a jaho koń, fyrkajuczy i zadzirajuczy chwost, paczaŭ harcawać pa poli. Witynhof u swaim szalenstwie praliczyŭsia: wyjechaŭszy adzin, jon moh mieć tolki adnaho szarahoŭca ŭ dapamohu, bo kazaczok, jaki wioŭ chartoŭ, byŭ nawat nie ŭzbrojeny. Paśla strełu Paszkoŭskaha Witynhof, wychapiŭszy szablu, kinuŭsia da jaho, ale tut Paszkoŭski mieŭ wialikuju pierawahu, bo jaho koń wydatna ŭstaŭ na zadnija łapy i pad umiełaj rukoj wiersznika wykonwaŭ wydatnyja rezkija pawaroty. Tamu wiercham Paszkoŭski moh zmahacca na szablach nawat lepsz, czym piechatoju, bo sam kidok kania nadaŭ udaru niewierahodnuju siłu. Paśla pierszych niekalkich sprob szabla była wybita z ruki parucznika i z brazham uźlacieła ŭ pawietra; adnak prytomny i raszuczy, jon wychapiŭ pistalet z kabury i pryceliŭsia amal z troch krokaŭ, kali mocny płoski ŭdar nachiliŭ zbroju ŭ momant strełu — tak, szto kula źlohku zaczapiła łapatku ŭłasnaha kania Witynhofa. Niemiec jaszcze nie straciŭ prytomnaści, tamu, praskoczyŭszy razam z kaniom krokaŭ z dziasiatak, schapiŭ druhi pistalet i znoŭ streliŭ. Zatym, zaŭważyŭszy z-za dymu, szto jaho praciŭnik siadzić na kani, i sam, całkam abiazzbrojeny, kinuŭsia ŭ les.
— Bywaj zdarowy, parucznik! — kryknuŭ jamu ŭśled Paszkoŭski, śmiajuczysia. — Da pabaczeńnia!
I, pawiarnuŭszy kania, skirawaŭsia ŭ swoj bok. Ale praz niekalki chwilin jon adczuŭ niezwyczajnaje ciapło ŭ prawym bocie i adrazu zdahadaŭsia, szto kula Witynhofa, musić, zaczapiła jaho. Jon taksama paczaŭ adczuwać lohki bol u łytcy. Prajechaŭszy niekalki dziasiatkaŭ krokaŭ, jon źlez z kania kala prydarożnaha kryża, kab pierawiazać ranu; kula ledź zaczapiła pawierchniu. Zatym jon dastaŭ z burki kawałak chleba, abłażyŭ ranu ścisnutym miakiszam i pierawiazaŭ jaje chustkaj. Takim czynam praduchiliŭszy stratu krywi, chaj sabie i niaznacznuju, jon biaśpieczna wyruszyŭ u darohu.
Kali kaniuszycz uwajszoŭ na dziadziniec zamka, hadzińnik tolki szto prabiŭ pierszuju hadzinu paśla poŭnaczy. Zahadaŭszy wartaŭnikam dahladać kania, jon adrazu ż pajszoŭ u pamiaszkańnie marszałka.
Klimaszeŭski, pracznuŭszysia, nie biez zdziŭleńnia ŭbaczyŭ wiartańnie Paszkoŭskaha, ale kali dawiedaŭsia, szto kniaź daŭno spaŭ, zahadaŭ jamu zjawicca nastupnaj ranicaj. Paszkoŭski wiarnuŭsia da swajho kania, jakoha pastawiŭ u stajniu, a potym pajszoŭ u swajo pamiaszkańnie. Stary brescki kaniuszy chrop, jak zwyczajna, i nawat nie śniŭ, szto jaho syn wiarnuŭsia i loh spać.
Na nastupny dzień nasz małady czaławiek pracznuŭsia i adczuŭ jaszcze krychu bolszy bol u ranie, choć heta było niesurjozna, ale naha apuchła. Adnak jon apranuŭsia, kab być hatowym da wykliku.
Nieŭzabawie prybieh Skirmunt, wyklikajuczy jaho da wajawody.
Kniaź znachodziŭsia ŭ pakoi pobacz sa spalniaj, raźmieszczanym u prawym kryle zamka. Pakoj byŭ całkam upryhożany wytanczanymi habielenami, wyrablenymi fabrykaj Radziwiłaŭ, apraŭlenymi raźbianymi szaloŭkami, jakija akrużali pakoj szyrokimi lamperyjami ŭnizie. Mastackaja mebla spałuczałasia z ubrańniem usiaho pakoja, stwarajuczy cełaje, jakoje ŭwasablała elehantny, choć i niekalki pierabolszany, hust z kanca XVII stahodździa. Dwa wokny ŭ hetym pakoi wychodzili na ŭnutrany dwor zamka, i Kaminski stajaŭ la adnaho z ich, czakajuczy zahadaŭ.
Kniaź, u swajoj ranisznim chałacie, jaki ni ŭ jakim razie nie byŭ francuzskim szłafrokam, siadzieŭ za bahata nakrytym stałom, na jakim, akramia kawy, lażała mnostwa inszych, nie tolki lohkich, zakusak. Pierad kniaziem siadzieła jaho lubimaja wyżlica Nepta, uważliwa hledziaczy jamu ŭ woczy, czakajuczy łaskawaha kawałaczka. Trochi dalej, na druhim kancy stała, ajciec-definitar, jakoha my ŭżo wiedali, siadzieŭ na kucie kresła i z pachwalnym zadawalnieńniem paciahwaŭ kawu.
Kniaź byŭ u cudoŭnym nastroi, śmiajaŭsia z dościpaŭ definitara, kali ŭwajszoŭ Paszkoŭski.
— A! Witaju Waszmość, — uskliknuŭ wajawoda, zaŭważyŭszy jaho ŭwachod, — wy sprytna ŭprawilisia, panie Kachanku.
Paszkoŭski pakłaniŭsia, trochi kulhaŭ i praciahnuŭ zhornutaje ŭ niewialiki rułon daniasieńnie.
— Kaminski skazaŭ mnie, panie Kachanku, szto ŭ darozie zdaryŭsia niejki kazus ; musisz mien pra heta rasakzać. A szto heta? — dadaŭ jon, bieruczy daniasieńnie. — Szto heta, panie Kachanku? Jakaja-niebudź maź ad lekara ci szto? hie?»
— Depiesza, kali łaska, Waszaj kniaskaj Mości.
— Hm... zhornutaja, jak miedykamient, i pachnie muskusam. Panie Kachanku, paklaŭsia b żyćciom, szto jaje chiba Lubamirskaja pierawoziła.
Razharnuŭszy papieru, kniaź dawoli chutka prahledzieŭ jaje i, machnuŭszy rukoj, niadbajna kinuŭ na stoł.
— Nu szto ż tam, panie Kachanku, było ŭ darozie, — wiesieła ŭskliknuŭ wajawoda. — Ty, widać, paranieny — ale heta nie straszna, budź Waszmość ŭpeŭnieny, szto heta pojdzie tabie na karyść. — Jak ża heta było, panie Kachanku?
— Padczas padarożża ŭ tym kirunku, Wasza kn. Mość, na mianie napali ŭ wioscy kala Klimczycaŭ insperate nieczakana, dyk ja nie moh abaranić siabie z-za kolkaści napadnikaŭ.
— Chto? Panie Kachanku.
— Kamanda z awanhardnaha pałka I. M. Pana Byszeŭskaha i parucznik, niejki niamiecki baron, zahadali abszukać mianie da kaszuli...
— Hm, panie Kachanku, — pramarmytaŭ kniaź , sapuczy i chistajuczy haławoj, infamis [48]— hm, — i szto ż?
— Jany ŭsio pieratraśli: sumku, siadło.
— Nu? — trywożna dadaŭ wajawoda, — a maju depieszu?
— Jaje nie znajszli, Wasza Miłaść».
— O! Wy taki chitry, panie Kachanku, dzie ty jaje schawaŭ?
— Tamsama ż, jak i hetuju — u musztuku.
— Jak heta, u musztuku?
— U mianie, Wasza kn. Mość, jość miakkawusny koń, jakomu patrebny wialikija cuhli, tamu ja ŭczora ŭwieczary zamowiŭ ślesaru tut, u Biełaj, kab jon zrabiŭ toŭstaje żaleza dla pyski z wydzimanaj blachi, pustoje ŭnutry, szrubawanaje, i ja nareszcie supakoiŭsia.
— Daliboh, panie Kachanku, — skazaŭ kniaź, źwiartajuczysia to da Kaminskaha, to da definitara, — woś heta wynachodliwaść! Nu, ty razumny chłopiec, niezdarma ciabie zawuć Karal, ale dzie Waszmość atrymaŭ huza?
— Na zwarotnym szlachu ja sustreŭ taho samaha parucznika, jaki wyjechaŭ z chartami i taptaŭ maładoje zbożża. My trochi pahawaryli, — praciahwaŭ Kaniuszycz, uśmichajuczysia. — Ja trochi jaho padrezaŭ, i jon kulaj zaczapiŭ mnie nahu, ale ŭ reszcie reszt jon haniebna ŭciok.
— Nu, panie Kachanku, niama czaho hawaryć, Waszmość dobra ŭprawiŭsia z ekśpiedycyjaj, dy jaszcze i pa-kawalersku. Zastanieszsia ŭ mianie i pierakanajeszsia, ci ŭmieje Radziwił pamiatać swaich siabroŭ. Idzi ż ciapier, atrymliwaj asałodu ad adpaczynku, i chaj cyrulnik dobra pierawiaża tabie ranu. A szto? — zakryczaŭ wajawoda, źwiartajuczysia da definitara. — nie dawiaraŭ , Waszmość, i straszyŭ ŭsialakimi zdareńniami, szto adsoczać, szto depieszu pierachopiać, ha? a baczysz, Waszmość? Z haławoj można ŭsio zrabić . Tak i sa mnoj byŭ padobny wypadak, nawat horszy! Moj siabar, Biełazor, zakachaŭsia ŭ żonku wieniecyjanskaha kupca i prasiŭ i maliŭ mianie, panie Kachanku, kab ja skraŭ jaje dla jaho. Wyjścia nie było. Skraści jaje — heta nie wialikaja sprawa, bo jana sama wylezła z akna, ale paźbiehnuć pahoni, panie Kachanku, — woś u czym sprawa. Dyk woś, ja pieraapranuŭsia ŭ niemca, a jana, choć i cudoŭna pryhożaja żanczyna, pafarbawałasia, panie Kachanku, u małpu, i tak, pakorliwa pierapraszaju, umieła, szto nawat rodnaja maci jaje nie paznała b. Dyk woś, spakojna pakazwajuczy ludziam fokusy ŭ haradach, my prajszlisia aż da miaży. Muż pahnaŭsia, panie Kachanku, bo jon byŭ durny, i dahnaŭ, ale szto z taho, jon jaje nie paznaŭ! Bo, panie Kachanku, żanczyny mohuć rabić ŭsialakija sztuki!
— I ja taksama Wasza Kniaskaja Mość, — skazaŭ definitar, — znaju adnaho szlachcicza, jaki niadaŭna tak sprytna pierawoziŭ wino, szto, choć mytniki i wiedali, szto jon jaho wiazie, jany nie mahli adabrać jaho .
— Nie moża być, panie Kachanku, jak? Quo titulo ?
— Wielmi prostym sposabam, — praciahwaŭ Refarmat. Szlachcicz nios boczku z prykładna dwuma hałonami malwazii, i pakolki mytniki chacieli spahnać z jaho niezwyczajnuju poszlinu z-za wymahalnictwa, jon zapiareczyŭ i admowiŭsia płacić. Jaho nie adpuścili, tamu jon paspraczaŭsia z imi, szto zmoża pierawieźci wino na ich waczach i niczoha nie zapłacić. Kali jon heta zrobić, mytniki pahadzilisia dać szlachciczu ŭdwaja bolsz wina sa swajoj kiszeni. Dyk szto ż jon rabiŭ? Jon adyszoŭ, niedaloka, ale za pamieżny, jak jaho nazywajuć niemcy, szłahbaŭm, sieŭ, dastaŭ korak i paczaŭ pawolna pić wino. Prykładna praz czwerć hadziny, wypiŭszy jaho da aposzniaj kropli na ich waczach, jon wiarnuŭsia z pustoj boczkaj i malwazijaj u żywacie, i im dawiałosia, nolens volens choćki-niachoćki, adpuścić jaho, dy jaszcze bolsz — addać jamu prajhranaje wino. Dyk woś, szlachcicz paczastawaŭsia i prynios dadomu jaszcze bolsz wina biaspłatna.
— Woś heta zuch! Panie kachanku — zaśmiajaŭsia kniaź i ŭ dobrym nastroi doŭha hutaryŭ z definitaram.
Małady Paszkoŭski paśla hetaj pajezdki ŭ Boćki , atrymaŭszy wialikuju łasku ad Jasnawialmożnaha Wajawody, zastaŭsia ŭ Biełaj; kniaź zapeŭniŭ staroha kaniuszaha, szto budzie pamiatać pra jaho syna ciapier i ŭ buduczyni. Stary adrazu ż pierakanaŭsia ŭ hetym, bo marszałak abwiaściŭ, szto kniaź wydzieliŭ Karalu kania pa jaho wybary, z poŭnym rysztunkam, a taksama pryhoży lity pas sa słuckaj fabryki, prytym daŭszy jamu instante [49]asihnawańnie ŭ kasu na piaćdziasiat dukataŭ, titulo [50] zadatku na harderob, kab jon moh honeste[51] pakazwacca ŭ pakojach kniazia . Kali miascowy lekar paraiŭ maładomu Paszkoŭskamu nie wychodzić z pakoja niekalki dzion, stary pajszoŭ pradstawicca kniaziu, padziakawać i raźwitacca, ale taksama nastojliwa paprasiŭ jaho nie zahadwać synu zastawacca doma, bo ŭ jaho jość haraczaje żadańnie wyprabawać swaje siły i duch u poli, szto kniaź-wajawoda ŭraczysta abiacaŭ.
- ↑ Pra miortwaha abo dobra, abo niczoha
- ↑ Na hramadskija sprawy
- ↑ tym samym
- ↑ dziela ahulnaj karyści
- ↑ wiasiołym
- ↑ paśla śmierci
- ↑ na ŭzor kwadratu
- ↑ pa czutkach
- ↑ Pachwaliony
- ↑ Na wieki
- ↑ prawialebny ojcza
- ↑ czyrwony i szarawidny
- ↑ naŭprost
- ↑ nawieczna
- ↑ kali nie pamylajusia
- ↑ «Zwyczka — druhaja natura»
- ↑ Aluzija na Familiju
- ↑ Haworka pra pajedynak Ad.Tarła Wajawody Lublinskaha z Padkamorym karonnym, bratam karala
- ↑ Tahaczasny pamflet
- ↑ Nie sudzicie, i nie budziecie sudżany; nie asudżajcie, i nie budziecie asudżany
- ↑ Nareszcie
- ↑ pachodżańnia
- ↑ rańnim rankam
- ↑ Jaŭchim Patocki, marszałak Kanfiederacyi Bracłaŭskaj, da jakoj Boćki ŭ toj czas należali
- ↑ Kniazia Hieranima Radziwiła, Charunżaha Wialikaha Kniastwa Litoŭskaha; jon byŭ mahnatam, wiadomym swajoj hordaściu, dziwactwami i lutaściu, dziadźkam kniazia Karala Panie Kachanku, czyje szmatlikija wybryki nieŭtajmawanaj fantazii czasta padańni prypiswajuć kniaziu Karalu .
- ↑ Hety zwyczaj dahetul świata zachoŭwajecca ŭ wioscy Makaraŭka.
- ↑ jak padnaczaleny
- ↑ jak swajho haspadara żyćcia i śmierci
- ↑ nieczakana
- ↑ bolsz-miensz
- ↑ jakim czynam
- ↑ propusk
- ↑ abszukać
- ↑ pawodle pachodżania
- ↑ polski rycar, roŭny ŭsim inszym
- ↑ inaczaj
- ↑ prastaduszny
- ↑ Jaŭchim Patocki
- ↑ krasamoŭnym
- ↑ hreckaha abradu
- ↑ Wiesiel
- ↑ nierw reczy
- ↑ haspadar
- ↑ Chodziać czutki
- ↑ heta niepryjemnaje zadańnie, jakaja nie wartaja nijakich uznaharod
- ↑ djabał małpuje Boskija dziei
- ↑ zhoda ŭzmaćniaje małyja reczy
- ↑ biassłaŭna
- ↑ nieadkładna
- ↑ pad wyhladam
- ↑ hodna