Kasia. Mileńkaja panienačka — karalewič! — U biełaj świtcy, uwieś u zorkach, u załatoj karoni, pry baku srebnaja šabelka, tak Tacianka?
Taciana. Z pad karony wybiwajucca kučarawyja-ciomnyja, jak noč wałasy, a wočy — jak krynica — biaz dna. I taki jon pryhoży, što jamu tolki i para, što pa niebie chadzić, dy z miesiacam hawaryć. Zirnuła na jaho dziaŭčyna, zhareła, jak na ahni. Zhareła i maŭčyć, bo zaŭważyła, što biednaja.
Kasia. A heta wy byli Tacianačka?
Tac. Maŭčy… Hlanuŭ jon na dziaŭčynu i każa: „Abyšoŭ ja ŭsio carstwa, ŭsie harady…“ (Na dware štoś zahurkatała. Abiedźwie na momant ścichajuć, prysłuchoŭwajucca.) Dyk każa: „Abyšoŭ ja…“ (spyniajecca) nie, lepiej dawajcie, Kasia, tak: wy budziecie hawaryć za karalewiča, a ja za dziaŭčynu. Dobra.
Kasia. (Ustaje acharašywajecca.) Kali-ż ja nia ŭmieju, ni patraplu tak (uśmichajecca.)
Tac. Ja budu wučyć was. Każecie: „Abyšoŭ ja ŭsie carstwy i ŭsie harady, ale nie znajšoŭ ja takoj, jak ty maładaja.
Kasia. (bojazna źbiwajučysia) Abyšoŭ ja ŭsie ziemli i harady, nu ale takoj jak ty maładaja, to jašče i nia bačyŭ. (Pačakaŭšy, uśmichajučysia.) Ci nia budzieš ty tolki maja dziaŭčynka!
Tac. I za što-ż ty mianie ŭpadabaŭ, kali ja sirata, dy jašče i prostaha rodu? (Biare abrezki